Bloog Wirtualna Polska
Są 1 200 752 bloogi | losowy blog | inne blogi | zaloguj się | załóż bloga
Kanał ATOM Kanał RSS

Efekt Franciszka ...

poniedziałek, 25 lipca 2016 2:27
 
 
Nie Slavoj Żiżek, nie Yanis Varoufakis, nie Thomas Piketty, ani żaden polityk czy intelektualista, ale papież Franciszek jest przywódcą globalnej lewicy.
 
Nie piszę tego wcale z przekory, ani po to, żeby zirytować ludzi Kościoła. Wystarczająco irytuje ich już sam Franciszek. Naprawdę uważam, że jeśli lewica światowa ma dziś jakiegoś przywódcę inspirującego cały świat, to jest nim Franciszek - pisze Sławomir Sierakowski, szef Krytyki Politycznej, dla Wirtualnej Polski.
 
 
Nie przypadkiem ten pogląd wyda się co najmniej kontrowersyjny raczej lewicowcom niż prawicowcom. Tak, wiem, że Franciszek ani nic jeszcze specjalnie nie zmienił w doktrynie Kościoła, ani nie przestał wyznawać zamordystycznych poglądów pro-life, których wciąż trzyma się Kościół Katolicki, a polski się wręcz w nich wyspecjalizował. A jednak to papież jest dziś najważniejszym światowym przywódcą, który walczy z dyskryminacją ludzi i wykluczeniem. I nie jest to wybiórcza walka jedynie z nierównościami ekonomicznymi, ale właściwie z każdymi. 

 
 
 
 
 
 

Wkurzeni na Franciszka. Za co polska prawica nie lubi papieża?

 

Papież stał się krytykiem Kościoła w obecnym jego kształcie wraz z przybraniem imienia Franciszek, co sam tłumaczył jako świadectwo oznaczające, że Kościół znajduje się w głębokim kryzysie i wymaga zreformowania. Zaczynając od przeżartej korupcją biurokracji watykańskiej, aż po ogólną postawę ludzi Kościoła odbiegającą od tego, co Franciszek nazwał "Kościołem ubogich". Franciszek zaczął już pierwszego dnia i od samego siebie. 

Nie sposób wyliczyć wszystkich przykładów rozmaitych dóbr i zaszczytów, z których zrezygnował, odchodząc od tradycji. Wyliczmy najważniejsze. Franciszek nie zamieszkał tak, jak jego poprzednicy, w Pałacu Apostolskim, ale w mieszkaniu w Domus Sanctae Marthae. Przyjmuje tam mniejsze delegacje oraz organizuje audiencje prywatne. Na co dzień odprawia mszę w jednej z pięciu niewielkich kaplic wydzielonych w tym budynku.
 
Po Watykanie porusza się pieszo albo samochodem marki Volkswagen, należącym do Żandarmerii Watykańskiej. Nie jeździ tak, jak jego poprzednicy, luksusowymi autami, lecz zwykłym, mniejszym samochodem. Jego Pierścień Rybaka przyjęty na inauguracji nie jest złoty, tylko pozłacany. Zdecydował, że nie będzie podróżował po krajach jako obywatel Watykanu, lecz jako obywatel swojego rodzinnego kraju – Argentyny. Zrezygnował z wyjazdu do letniej rezydencji w Castel Gandolfo na letnie wakacje, tak jak czynili jego poprzednicy, m.in: Jan Paweł II i Benedykt XVI. Krótko mówiąc, polski biskup to przy nim panisko. Złote pierścienie, bryki najlepszych marek, pałace najlepsze z dostępnych. 

 

Styl Franciszka zrobił wielkie wrażenie i zaczęło się mówić o "efekcie Franciszka". Ku zaskoczeniu wszystkich, papież wykorzystał to zainteresowanie do głoszenia poglądów dotąd bardzo niepopularnych, albo niespotykanych w Kościele. W kolejnych swoich wystąpieniach Franciszek wzywał do otwarcia się na rozwodników, kobiety, gejów, ateistów, wyznawców innych wiar.
 
Organizacje pro-life zbulwersowało wezwanie Franciszka do tego, żeby "księża rozgrzeszali z aborcji osoby ekskomunikowane za jej dokonanie". Nie bez powodu uznano to za pośrednie przyzwolenie na aborcje, albo przynajmniej za otwarcie się na środowiska pro-choice. 

Papież ogłosił, że chrześcijanie powinni szukać wybaczenia u ludzi homoseksualnych za to, jak do tej pory ich traktowano. "Homoseksualiści nie powinni być dyskryminowani. Powinni być traktowani z szacunkiem" - mówił i dodawał: "Przeprosiny należą się także osobom biednym, ale także kobietom i dzieciom zmuszanym do pracy".
 
Tradycyjnych katolików szczególnie oburzyła skierowana do nich wypowiedź: "kim jesteśmy, by gejów oceniać?". To odebranie przez przywódcę Kościoła prawa katolikom, do odnoszenia się z nienawiścią, pogardą, poczuciem moralnej wyższości, z jaką w stosunku do osób LGTBQ odnoszą się partie polityczne, media, środowiska i organizacje uważające się za katolickie. W Polsce to standard na całej prawicy katolickiej. Nic dziwnego, że Franciszek jest tam otwarcie lub milcząco nienawidzony nie mniej niż LGTBQ. Ale pozostaje przywódcą Kościoła i to wsteczni katolicy mają dziś problem. 

Poza sprzeciwem wobec dyskryminacji kulturowej, papież bardzo stanowczo opowiedział się przeciwko neoliberalizmowi. Franciszek uderzył w samo serce tej ideologii, czyli w obietnicę trickle-down, mówiącą o tym, że jak poprawi się tym na górze, to musi też skapnąć tym na dole. Tak się jakoś jednak dzieje, że nierówności się powiększają, a na olbrzymich połaciach Zachodu, płace realne stoją od dekad. "a opinia, która nigdy nie została potwierdzona faktami, wyraża niedojrzałą i naiwną wiarę w dobroć tych, którzy sprawują władzę ekonomiczną i w zsakralizowane działanie panującego systemu.
 
Tymczasem wykluczeni w dalszym ciągu czekają". Papież kategorycznie odrzucił obecny stan kapitalizmu, mówiąc, że bieżąca "ekonomia wykluczenia i nierówności" jest "ekonomią, która zabija". Franciszek równie stanowczo promuje ekologię i zwalcza wszystkie bzdurne teorie kwestionujące globalne ocieplenie. 


Jeszcze bardziej zaangażowany jest w trzeciej, najważniejszej dziś dla lewicy sprawie, czyli sytuacji uchodźców i imigrantów. Im świat jest mniej aktywny, tym bardziej aktywnie o los uchodźców zabiega przywódca Kościoła. W Wielki Czwartek papież w tradycyjnym geście postanowił obmyć stopy 11 imigrantom we włoskim ośrodku dla uchodźców. Prawicowy i katolicki internet w Polsce zawył. Zacytujmy komentarze o geście Franciszka pod tekstami w prawicowych portalach: "papież (jeśli można go tak nazwać) zbezcześcił Wielki Czwartek", "Franciszku! Przykro mówić, ale tracisz szacunek wiernych przy każdym pojawieniu się", "ten dziwny człowiek spowodował, że odchodzę od Kościoła", "gest poddaństwa, słabości i głupoty", "szkoda, że nie umył tym, którym islam nogi oderwał za pomocą bomb", "jestem ciekaw, czy jak wysadzą Watykan, też będzie miłosierny". Od tej pory nie jest już tajemnicą dla nikogo, że papież, delikatnie mówiąc, nie jest ani w polskim Kościele, ani na polskiej prawicy lubiany. 

Ale nie dlatego powinien być co najmniej doceniony przez lewicę. Walka z dyskryminacją za płeć, rasę, narodowość, wyznanie, orientację seksualną, a także walki z nierównościami, dzikim kapitalizmem, niszczeniem środowiska naturalnego i obroną uchodźców to dziś niemal komplet poglądów, które Franciszka sytuują po stronie lewicy. Globalny zasięg jego działalności, a przede wszystkim to, że w odróżnieniu od polityków, a także wielu intelektualnych gwiazd lewicy, Franciszek po prostu nie gwiazdorzy, jest szczery, prostolinijny i niecyniczny. To czyni z niego postać, która może w świecie zmienić być może więcej niż ktokolwiek. 


W wywiadzie dla "Newsweeka" na opisanie sytuacji papieża i polskiego episkopatu przyszło mi tylko jedno określenie do głowy: "Wasz Kościół, nasz papież" Episkopatdopisał uzasadnienie. Przyjazd Franciszka na Światowe Dni Młodzieży biskupi powitali zaproszeniem skierowanym do wiernych, w którym... nie wspomnieli nawet słowem o papieżu Franciszku, czyli najważniejszym gościu spotkania. Nie ma sprawy, chętnie przyjmiemy tego gościa do siebie. Jest fantastyczny! 

Sławomir Sierakowski dla Wirtualnej Polski 

Sławomir Sierakowski - socjolog i publicysta. Szef Krytyki Politycznej i Instytutu Studiów Zaawansowanych. Stypendysta Uniwersytetu Harvarda, Yale i Princeton. Publikuje m.in. w "New York Times", "Guardian" i OpenDemocracy.net.

 

 

 


oceń
0
0

komentarze (0) | dodaj komentarz

Odwrócone niebo ...

poniedziałek, 25 lipca 2016 0:06

ewa i powój.jpg

 

 

Na świecie wali się i pali, wybuchają bomby, giną niewinni ludzie - w imię Boga  ... Co to za zbiorowe szaleństwo ?

 

Co uruchamia w ludziach takie pokłady zła ?

Co powoduje, że mordują sąsiadów , braci, niewinne dzieci ?!

 

Nie ma we mnie zgody na taki świat ...

 

odwr nieb 1.jpg

 

Leżę w swoim ogrodzie bez ruchu patrząc w niebo po którym wysoko, wysoko rysują swoje drogi samoloty ....lecą gdzieś dalej nad Polską rysując na błękicie biały szlak ...

 

Czuję ból...ból fizyczny i psychiczny ...bolą mnie stopy, kręgosłup...leżę i patrzę w odwrócone do góry nogami niebo...

 

Mój świat też się wywrócił do góry nogami ...przedefiniował pojęcia wpojone w dzieciństwie, zmienił punkt widzenia ...dobre stało się złym - złe dobrym ...

 

Odwrócone niebo ...

 

odwrĂłcone niebo.jpg

 

 

Za kilka dni przyjeżdża Papież na Światowe Dni Młodzieży w Krakowie.

 

Cieszę się na tę wizytę, na tę radość i miłość, które dają sobie młodzi ludzie...

Będę oglądała wszystkie transmisje w telewizji. Szkoda, że sama nie mogę uczestniczyć w tej radości - na przekór złu i terrorowi ...

Moja wiara jest inna - chcę wierzyć, że ten wszechmocny Bóg kocha wszystkich bez względu na wyznanie, że nie pragnie ołtarzy, złota, liturgii i przedstawień ...że chce od nas tylko miłości i uczciwości.

A wszystko co nie jest miłością i dobrem jest złe bez względu jak to nazwiemy....

Moim kościołem jest natura, ogród, las, góry, morze ...to wszystko co zapiera dech w piersiach swoją mądrością i pięknością.

 

cudna rĂłza.jpg

 

Te wszystkie cudowne kwiaty o najpiękniejszych barwach i kształtach, te listeczki niepoliczone, kropki i plamki, ptasie piórka, sierść zwierząt, kształt ludzkiego ciała, wąsy kocie i psie nosy ...

Te łąki z milionami świerszczy niestrudzonych, kłosy zboża i piaszczyste drogi ...ten zadziwiający świat, który tak trudno nam zrozumieć ...

 

woda na lisciu (1).jpg

 


oceń
0
0

komentarze (0) | dodaj komentarz

Is there a way I can find You ...

niedziela, 24 lipca 2016 0:13

20160718_135622.jpg 

 

 

Właśnie przed chwilą obejrzałam w telewizji, po raz kolejny, film z moim ulubionym Kevinem Kostnerem - " list w butelce"

Piękna historia o najpiękniejszej miłości - niestety ze smutnym zakończeniem...

I tak jak w życiu ta najpiękniejsza miłość przychodzi często nie w porę - za wcześnie, lub zbyt późno, tak i tu czas i zły los gra sobie z kochankami w ciuciubabkę ... i śmierć krzyżuje wszystkie plany...

Zostaje żal i poczucie niedosytu, ból straty czegoś niezwykłego i wyjątkowego - ból, który nie mija.

Choć z drugiej strony taka wyjatkowa miłość dana jest nielicznym - i jak mówi reżyser na końcu filmu - należy być szczęśliwym, że wogóle dane nam było ją przeżyć ...

Z własnego doświadczenia mogę powiedzieć, że marne to pocieszenie ...a poczucie utraty tak pięknego uczucia nieustannie boli...a rana w sercu za nic nie chce się zagoić ...

 

 

 


oceń
0
0

komentarze (0) | dodaj komentarz

Czerwone-zielone ludziki i nowy porządek świata ...?

poniedziałek, 18 lipca 2016 0:43

 

Jak mówi chińskie przekleństwo :  " Żyjemy w ciekawych czasach" ...!

To prawda, bo na świecie " się dzieje"i to dużo...

Straszliwe akty terroru w europie zachodniej, a wczoraj wieczorem zamach stanu w Turcji.

Komu zależy na destabilizacji Europy ? ....wiadomo

Komu na rękę akty terrorystyczne i wywołanie strachu w zgniłej Europie ?

U kogo w kraju zawsze "spokojnie i bezpiecznie" i kto zawsze radzi sobie z buntami i niezadowoleniem ?

Kto ma zbyt dużo rozsądku żeby rozpoczynać otwartą wojnę ?

Kto stosuje metody " pełzającej agresji" i kto wymyślił " zielone ludziki" ?

Kto jest mistrzem intryg, prowokacji, kłamstw i spisków i nigdy nie przyznaje się do mordów, okrucieństw i zamachów ?

Kto nie ma skrupułów przed " likwidowaniem" dziennikarzy i wrogów politycznych ?

Komu na rękę odcięcie choćby kawałka Turcji i łyknięcie Gruzji, która pcha się do Unii ?

........i kto w końcu nie cofnie się przed niczym co może wzmocnić imperium i kto zawsze rozdaje na świecie polityczne karty ? 

 

Jestem przekonana, że i te bełtania w światowej polityce jest robotą " czerwonych ludzików" ... Nie mam racji ? ...No cóż : Pażywiom-uwidzim ! 

 

 

"Wprost": Wojny hybrydowej nie będzie
Obecne wzmocnienie wschodniej flanki Sojuszu nie jest wystarczające do powstrzymania Rosji. Jeśli Putin zdecyduje się na konfrontację z NATO, nie będzie się bawił w wojnę hybrydową, tylko zaatakuje z zaskoczenia wszystkimi siłami, które zgromadził przy granicy - mówi "Wprost" David Shlapak, ekspert RAND Corporation.
Rosyjska wyrzutnia pocisków rakietowych Uragan w czasie ćwiczeńRosyjska wyrzutnia pocisków rakietowych Uragan w czasie ćwiczeń ( )
Jakub Mielnik: Jak powstrzymać Rosję? 

David Shlapak, ekspert RAND Corporation: Wojny wszczyna się, zakładając, że strategiczne cele można osiągnąć szybko i niskim kosztem. Atakujesz, zwyciężasz i wracasz do domu przed Bożym Narodzeniem. My w USA tak kalkulowaliśmy w 2003 r. Mieliśmy najechać Irak, obalić Saddama i szybko wrócić do domu, okryci sławą wyzwolicieli. Szukając sposobów odstraszania Rosji, trzeba przede wszystkim unikać dostarczania Putinowi sposobności do myślenia, że szybkie zwycięstwo jest możliwe. 

A jest możliwe? 

 
Krótka wojna to jedyna, jaką Rosja może wygrać z NATO. Putin zwyczajnie nie ma szans z Sojuszem postawionym w pełen stan gotowości. Jeśli chce z nami walczyć, musi wygrać szybko. Trzeba stworzyć taki scenariusz wojny, który uniemożliwi mu szybkie zwycięstwo i wpędzi Rosję w wyczerpujące zmagania ze zjednoczonym Sojuszem. I to są minimalne kryteria, które należy spełnić, żeby odstraszać Rosję.

Warszawski szczyt NATO tworzył takie warunki? 

Z naszych analiz wynika, że do skutecznego studzenia agresywnych zapędów Rosji potrzeba trzech ciężkich brygad, wyposażonych w broń pancerną i artylerię, obecnych na polu walki w momencie, gdy wojna się zacznie, i kolejnych czterech w gotowości do szybkiego rozmieszczenia na froncie. To jest w sumie siedem brygad, które są potrzebne do obrony krajów bałtyckich, najbardziej narażonych na atak. 


Sojusz zdecydował o wysłaniu znacznie mniejszych sił, rozproszonych od Estonii po Rumunię. 

Ale to jest krok w dobrym kierunku. Trzeba pamiętać, że Sojusz to wielki statek. Manewrowanie taką jednostką jest trudne, zrobienie ostrego zakrętu wymaga czasu. Dlatego my nie mówimy o wielkim zwrocie, tylko o przeniesieniu się z rzeczywistości, w której zmartwieniem jest zebranie batalionu zdolnego do wyjazdu do Afganistanu, do świata, w którym trzeba skupić się na misji, do której NATO zostało kiedyś powołane. Chodzi o obronę integralności terytorialnej i politycznej niezależności krajów członkowskich zgodnie z artykułem 5 Karty Atlantyckiej. To jest wielka zmiana i jej wprowadzenie wymaga czasu. To, co się stało w Warszawie, to ważny krok w tym kierunku. Mam nadzieję, że nie jest to krok ostatni, bo z naszych analiz wynika, że potrzeby są większe. Sytuacja się poprawia, ale nie jest to decydująca zmiana. 

Część strategii natowskiej na Wschodzie opiera się na możliwościach polskiej armii, które znacznie się poprawiły. Jednak nasi generałowie twierdzą, że w razie ataku rosyjskiego będą zdolni bronić się najwyżej trzy dni. Czy NATO jest w stanie zmobilizować posiłki w tak krótkim czasie? 

Trzeba pamiętać, że nie tylko wzmacniamy obecność wojskową w regionie, ale też rozbudowujemy infrastrukturę potrzebną do szybkiego przemieszczania sił na wschodnią flankę. Przenosimy nasze magazyny z amunicją, rozwijamy nowe koncepcje rozmieszczenia sił powietrznych, a także zdolności do przekraczania granic państw członkowskich przez siły NATO. Polska nie powinna i nie może zakładać, że będzie walczyć samotnie. 

A gdyby Putin zdecydował się jednak na konfrontację z NATO, gdzie i jak by się to zaczęło? 


Jest kilka szkół. Wedle jednej Rosjanie mogą próbować powtórzyć scenariusz ukraiński, stopniowo destabilizując sytuację, opierając się na siłach separatystycznych, siejących zamęt polityczny i społeczny, aż doprowadzi on do wybuchu regularnej wojny. 

To się może przydarzyć w Estonii i na Łotwie, ale już nie w Polsce, gdzie nie ma większych skupisk Rosjan. 

Dlatego moim zdaniem Rosjanie mogą zastosować inną strategię. Wojna hybrydowa sprawdziła się na Ukrainie, ale w razie starcia z krajem natowskim jest mało prawdopodobne, żeby Rosja ją powtórzyła, bo już jej pierwsze stadia mogą łatwo zdradzić prawdziwe intencje. W pewnym momencie nawet NATO może się zorientować, co się dzieje, i zacząć wysyłać wojska, żeby przeciwdziałać eskalacji zagrożenia. Dlatego uważam, że jeśli Rosja uzna, że akcja militarna przeciw NATO leży w jej interesie, spróbuje wykorzystać element zaskoczenia, przechodząc szybko do konwencjonalnego ataku, zanim Sojusz zdąży zmobilizować swoje siły. 

Jak wyglądałoby to w przypadku Polski? 

Mogłoby się to zacząć od niezapowiedzianych manewrów na dużą skalę. Jeśli celem byłaby Polska, Rosjanie pewnie podjęliby wspólne manewry z Białorusią, wyprowadzając atak od wschodu i od północy, z obwodu kaliningradzkiego. Nie analizowaliśmy dotąd szczegółowo scenariusza ataku na Polskę, bo wasz kraj jest dla Rosji celem znacznie trudniejszym niż kraje bałtyckie. Poza tym nie podzielamy pesymizmu waszych generałów dotyczącego zdolności opierania się ewentualnej rosyjskiej agresji. 


NATO miało dotąd komfort przewagi nad każdym potencjalnym przeciwnikiem. Jaki obecnie jest układ sił między Rosją i Sojuszem? 

Całościowo Sojusz ciągle zachowuje przewagę nad Rosją. Nasze połączone siły są większe, lepiej wyszkolone i lepiej wyposażone. Ale wojny, zwłaszcza krótkie, a na takiej zależy Rosji, są toczone nie za pomocą potencjału, tylko realnych sił, które w danym momencie są zdolne stanąć do walki. Rosja może ogólnie ustępować NATO, ale w najbardziej zagrożonym regionie, czyli w krajach bałtyckich, ma przewagę nad siłami, które Sojusz może tam szybko wysłać. Obecnie sytuacja na wschodniej flance wygląda tak, że Rosjanie tu są, a nas nie ma. Oczywiście, jeśli NATO miałoby sześć tygodni na mobilizację, Rosjanie nie mieliby szans, ale w razie wojny Putin nie da nam sześciu tygodni. 

A co z gotowością do walki i determinacją liderów do wypełniania zobowiązań sojuszniczych? 

Szczyt potwierdził zobowiązania sojuszników zachodnich do obrony krajów bałtyckich, Polski, Rumunii i całej wschodniej flanki. Ciężko jednak powiedzieć, co by się wydarzyło w chwili próby. Wierzę jednak, że Sojusz zachowałby jedność, wystarczającą na zdecydowaną odpowiedź. W końcu NATO jest na tyle silne, na ile silne są kraje członkowskie. To jest wyzwanie, z którym Sojusz tak duży i różnorodny jak NATO codziennie się mierzy. 

A jaka będzie reakcja Rosji na wyniki szczytu? 


Łatwa do przewidzenia. Będą się wściekać, irytować i ciskać, miotając najcięższe obelgi i najgorsze groźby. Już zapowiedzieli wzmocnienie swojego zachodniego okręgu wojskowego. To będą dwie dywizje, ale byłbym zaskoczony, gdyby były jeszcze jakieś większe ruchy na tym kierunku. Są precyzyjne granice ich możliwości. To nie jest przecież stara sowiecka armia, dysponująca 200 dywizjami. Ostatecznie odpowiedź na wzmocnienie wschodniej flanki będzie więc głównie retoryczna. To działa jak przeceny na giełdach w oczekiwaniu na złe wieści, które mogą zachwiać kursem akcji, a które służą czyszczeniu raportów kwartalnych. Sądzę, że NATO już dokonało takiej przeceny w oczekiwaniu na reakcję Rosji. 

Mówi pan o retorycznej odpowiedzi, ale czy to wszystko nie jest kwestią retoryki? Wzmocnienie wschodniej flanki będzie pretekstem do stwierdzenia, że Moskwa miała rację, mówiąc o parciu Paktu na wschód. 

Na potrzeby wewnętrzne Putin z pewnością tak to przedstawi. Ale niezależnie od tego, co zrobiłoby NATO, i tak by to w ten sposób przedstawił. Samo istnienie Paktu wystarcza Rosjanom do oskarżania nas o tworzenie zagrożenia. Z punktu widzenia wewnętrznego monologu Putina, to, co zrobi lub czego nie robi NATO, nie ma żadnego znaczenia. Ważne jest, jak my zareagujemy na rosyjskie oskarżenia. Nasza odpowiedź powinna sprowadzać się do okazania żartobliwego zdziwienia: poważnie? Cztery bataliony NATO pomaszerują na Petersburg? Naprawdę? 

Jeśli się tego rzeczywiście boją, to tylko ujawniają swoją słabość. 

No właśnie. To jest czysto obronne działanie, obliczone na wsparcie naszych sojuszników i pokazanie Rosji, że jeśli będą próbowali w jakikolwiek sposób zdestabilizować sytuację w krajach NATO, Sojusz stanie w ich obronie. Nie mamy przecież agresywnych planów wobec Rosji i oni doskonale o tym wiedzą. Od 20 lat mają stałe przedstawicielstwo w kwaterze głównej Sojuszu i doskonale wiedzą, jak to wszystko działa. Wiedzą, że nie chcemy ich atakować. Co więcej, my wiemy, że oni to wiedzą. Musimy więc jasno pokazać, jakie są fakty. Nie możemy kontrolować tego, co Putin mówi swoim ludziom, ani w co zdecydowali się wierzyć. Mamy jednak wpływ na naszą narrację i możemy kontrolować nasze reakcje na to, co oni mówią.

 


oceń
0
0

komentarze (1) | dodaj komentarz

Czerwone-zielone ludziki i nowy porządek świata ...?

sobota, 16 lipca 2016 9:43

 

Jak mówi chińskie przekleństwo :  " Żyjemy w ciekawych czasach" ...!

To prawda, bo na świecie " się dzieje"i to dużo...

 

Straszliwe akty terroru w europie zachodniej, a wczoraj wieczorem zamach stanu w Turcji.

Komu zależy na destabilizacji Europy ? ....wiadomo

Komu na rękę akty terrorystyczne i wywołanie strachu w zgniłej Europie ?

U kogo w kraju zawsze "spokojnie i bezpiecznie" i kto zawsze radzi sobie z buntami i niezadowoleniem ?

Kto ma zbyt dużo rozsądku żeby rozpoczynać otwartą wojnę ?

Kto stosuje metody " pełzającej agresji" i kto wymyślił " zielone ludziki" ?

Kto jest mistrzem intryg, prowokacji, kłamstw i spisków i nigdy nie przyznaje się do mordów, okrucieństw i zamachów ?

Kto nie ma skrupułów przed " likwidowaniem" dziennikarzy i wrogów politycznych ?

Komu na rękę "odcięcie od zachodu" choćby  kawałka Turcji i łyknięcie Gruzji, która pcha się do Unii ?

........i kto w końcu nie cofnie się przed niczym co może wzmocnić imperium i kto zawsze rozdaje na świecie polityczne karty ? 

 

 

Jestem przekonana, że i te bełtania w światowej polityce jest robotą " czerwonych ludzików" ... Nie mam racji ? ...No cóż : Pażywiom-uwidzim ! 

 

 

 


oceń
0
0

komentarze (0) | dodaj komentarz

Rzeź wołyńska cd.

piątek, 15 lipca 2016 0:34

 


We wsi Zawałów pow. Podhajce upowcy uprowadzili z drogi, zgwałcili i zamordowali dwie dziewczyny polskie: 17-letnią Lidię Kordas i 20-letnią Julię Niemiec. We wsi Zielencze pow. Trembowla kilku „partyzantów ukraińskich” usiłowało uprowadzić z domu młodą Polkę, ale wobec jej oporu i oporu matki, pobili matkę a jej 16-letnią córkę Genowefę Malarczyk zakłuli bagnetami.
Nocą z 1 na 2 kwietnia 1944 r. we wsi Dołha Wojniłowska pow. Kałusz upowcy zamordowali co najmniej 95 Polaków, w tym na plebani spalili 38 Polaków (kilka rodzin) razem z ks. Błażejem Czubą.
„Jadwiga Marek i jej córka Iśka zostały w kilka dni potem również zamordowane, a przed śmiercią zbiorowo zgwałcone (Emilia Cytkowicz; w: Siekierka…, s. 193; stanisławowskie).
We wsi Zady pow. Drohobycz bojówkarze OUN spalili wszystkie 52 gospodarstwa polskie, szkołę, urząd wiejski i zamordowali 35 Polaków, oraz „nieznana liczba mężczyzn spaliła się w ogniu” (Motyka…. s. 387; Ukraińska partyzantka).
„Druga część tragedii rozegrała się z Marią Badecką i jej synkiem. Przyszli banderowcy i oboje zabrali. Zgwałcili ją, obcięli piersi i zastrzelili, a dziecko przywiązali do dwóch ugiętych drzew, które prostując się, rozerwały je.
Scenę tę oglądał z ukrycia parobek” (Jadwiga Badecka; w: Siekierka…, s. 188. lwowskie).
Mord miał miejsce we wsi Łąka pow. Sambor, dokąd uciekła z synem z przysiółka Zady po rzezi 10/11 kwietnia 1944 r. 7 kwietnia 1944 r. we wsi Salówka pow. Czortków esesmani ukraińscy z SS „Galizien’ zgwałcili i zamordowali Marię Górską, żonę podoficera WP.
12 kwietnia 1944 r. we wsi Hucisko pow. Bóbrka upowcy oraz chłopi ukraińscy ze wsi okolicznych za pomocą siekier, kos, wideł, noży i innych narzędzi dokonali rzezi 118 Polaków.
Szlak „bohaterskich” oprawców UPA był znaczony gęsto usłanymi trupami niewinnych dzieci, starców, kobiet i mężczyzn.
A oto dalsze ofiary „Samostijnej Ukrainy” w wydaniu banderowskiej idei OUN-UPA:
/…/ – Jadwiga Błaszczyszyn, mężatka, matka małego dziecka, została przez kilku banderowców zgwałcona i zamordowana /…/
– Karolina Bożykowska, córka Grzegorza, jedna z najładniejszych dziewcząt we wsi, 26 lat, zgwałcona i zakłuta nożami”.
Zofia Gryglewicz z córką Michaliną, mieszkające na stałe w Bóbrce, przyszły w odwiedziny do męża i ojca, członka AK, ukrywającego się w Hucisku. W drodze powrotnej do Bóbrki zostały zatrzymane przez banderowców, zgwałcone i zamordowane (Jan Buczkowski; w: Siekierka…, s. 19, 36 – 38; lwowskie).
10 i 13 kwietnia 1944 r. w mieście Kuty pow. Kosów Huculski upowcy wymordowali ponad 200 Polaków i Ormian. „W tym samym miesiącu w bestialski sposób zastała zamordowana cała rodzina naszego ojca. Jego brat Michał Chrzanowski z żoną Eugenią, oboje po 58 lat, dwóch synów: Tadeusz, lat 16 i Walenty, lat 11, oraz dwie córki: Wanda, lat 15 i Halina, lat 18, którą uprowadzono do lasu i po zbiorowym gwałcie zamordowano. Jej zwłoki znaleziono po kilku dniach powieszone na drzewie na skraju lasu” (Klara Augustynkiewica; w: Siekierka…, s. 319; stanisławowskie).
W kwietniu 1944 r. we wsi Lipowiec pow. Lubaczów 6 Polaków, w tym 4-osobową rodzinę Hawryszkiewiczów z 2 dzieci, z których 19-letnią córkę Stanisławę przed zamordowaniem zgwałcili.
W czerwcową niedzielę 1944 roku we wsi Germakówka pow. Borszczów pięć młodych dziewcząt wybrało się na stację kolejową pożegnać chłopców, którzy odjechać mieli do Wojska Polskiego. Były to: 15-letnia Janina Bilińska, 15-letnia Stanisława Hygier, 15-letnia Paulina Piaseczna, 17-letnia siostra Stanisławy Hygier, 18-letnia Zofia Diaczyn.
„Nagle pojawiła się grupa wyrostków ukraińskich. Był wśród nich Dmytro Husak, znałem go ze szkoły. Podeszli do dziewcząt, wzięli je pod ramiona i poprowadzili w głąb wioski. Po tym wydarzeniu nikt już tych dziewcząt nie widział i nie znaleziono ich ciał”.
Po wielu latach Ukrainka Nastia Burdajna, która była we wsi staniczną, opowiedziała o losie tych dziewcząt.
„Otóż zaprowadzono je do lasu i tam były gwałcone przez kilka dni, następnie spuszczono z nich krew i wbito kołki drewniane w narządy rodne. Pogrzebano je w okopach pod lasem na Glince” (Stanisław Leszczyński; w: Komański…, s. 543).
18 sierpnia 1944 r. we wsi Pałanykie pow. Rudki zamordowali 19-letnią Weronikę Suchocką. „Została we wsi Pałaniki zatrzymana przez banderowców, którzy zrobili z niej widowisko makabryczne. Rozebrali do naga, wycięli język, posadzili na wozie przystrojonym zielonymi gałęziami i wozili po wsi jako symbol konającej Polski.
To widowisko trwało przez pół dnia aż do zmroku. Pod wieczór dziewczynę zawieziono na tzw. okopisku, gdzie grzebano padłe zwierzęta, tam wykopano dół, do którego włożono ją w pozycji stojącej aż po szyję i tak konała w męczarniach przez kilka godzin” (Tadeusz Pańczyszyn; w: Siekierka…, s. 872).
”Podczas dnia, w sierpniu 1944 r., zabrano ze szkoły Marię Myczkowską – nauczycielkę, która pracowała we wsi Zalesie. Przyprowadzono ja do domu jej ciotki, u której mieszkała. Mordercy zamknęli się z nią w pokoju, kolejno gwałcili ją i bili.
Po kilku godzinach wyprowadzili ją z domu, a właściwie wyciągnęli, bo jak zeznają świadkowie, nie mogła już iść sama. Tak trwało przez dwa dni. Na trzeci lub czwarty dzień znaleziono jej zwłoki na brzegu Zbrucza. Jej ciało było zmasakrowane, ręce i nogi związane drutem kolczastym” (Danuta Kosowska; w: Komański…, s. 535).
We wsi Polanka pow. Lwów „partyzanci ukraińscy” zamordowali 3-osobową rodzinę polską: chorego ojca zamordowali w domu, do lasu uprowadzili 1-rocznego syna i 17-letnią córkę.
„ Dwa dni po napadzie banderowców, NKWD odnalazło w lesie ciało Natalki i jej braciszka. Natalka miała rozcięty brzuch, do którego był włożony martwy chłopczyk” (Tadeusz Caliński – Cały; w: Siekierka…, s. 637 – 638; lwowskie).
29 września 1944 r. we wsi Jamelna pow. Gródek Jagielloński podczas trzeciego napadu upowcy spalili polskie gospodarstwa i wymordowali 74 Polaków.
„U rodziny Polichtów – Józefa (70 lat) i jego żony Wiktorii (60 lat), tej nocy nocował znajomy kolejarz z córką ze Lwowa. Wszyscy zginęli z rąk banderowców. Córkę kolejarza, młodą i ładną dziewczynę zabrali ze sobą banderowcy. Można się tylko domyśleć jej tragicznego losu” (Eugeniusz Koszała; w: Siekierka…, s. 236 – 237; lwowskie).
W październiku 1944 r. we wsi Krzywcze Dolne pow. Borszczów zamordowali 9 Polaków; wszystkie zwłoki nosiły ślady licznych tortur, ran kłutych, miały pozrywane paznokcie, ciała poparzone od ognia, obcięte piersi u kobiet, które były torturowane i gwałcone (Komański…, s. 44).
25 listopada w kol. Czyszczak pow. Kołomyja należącej do wsi Kamionka Wielka upowcy obrabowali i spalili gospodarstwa polskie oraz zamordowali 50 Polaków.
„Banderowcy mężczyzn zabijali strzałami w tył głowy i układali twarzą do podłogi, natomiast kobiety i dziewczęta mordowali w łóżkach, prawdopodobnie po uprzednim zgwałceniu. Nie mogłam oderwać ich ciał od pierzyn i piór z zastygłej krwi.
W innych polskich domach na Czyszczaku kilkoro małych dzieci miało nożem przybite języki do stołu. Kilku młodym dziewczętom napastnicy porozcinali usta od ucha do ucha. Śmiali się wtedy i mówili: „Masz Polskę szeroką od morza do morza” (Malwina Świątkowska; w: Siekierka…, s. 264; stanisławowskie).
W listopadzie 1944 r. we wsi Hordynia pow. Sambor banderowcy uprowadzili 7 Polaków: ciała 6 Polaków znaleziono po kilku dniach na polach, natomiast 19-letnia Alicja Beck zaginęła bez śladu (ciała jej rodziców znaleziono).
Jesienią 1944 r. we wsi Łukowiec Wiszniowski pow. Rohatyn zatrzymali koło miasta Stryj samochód, zamordowali młodą dziewczynę polską i kilku żołnierzy sowieckich oraz uprowadzili 4 młode dziewczyny polskie, po których ślad zaginął.
9 grudnia we wsi Gontawa pow. Zborów: „Dwóch morderców nas zauważyło, i zaczęli do nas strzelać. Któryś z nich trafił mamę w nogę, tak, że upadła na ziemię. Uciekając odwróciłam się, nad mamą stał jeden z bandytów. /…/ Ojciec znalazł zwłoki mamy, leżała na ziemi martwa, bez butów, które zabrali jej mordercy. Ojciec wziął mamę na ręce i wtedy zauważył, że z brzucha wypadły jej wnętrzności. Mordercy wbili jej też w krocze duży kołek. Tej nocy w podobnie męczeński sposób, zginęły jeszcze dwie inne kobiety (Józefa Olszewska; w: Komański…, s. 951).
„Byłam mieszkanką wsi Babińce k. Dźwinogrodu. Na początku lata 1944 r. władze sowieckie zabrały do wojska wielu mężczyzn, w tym mojego tatę Juliana Krzyżewskiego i męża Joanny Gonczowskiej. Tydzień po Bożym Narodzeniu 1944 r., kiedy spałam z mamą na piecu, banderowcy rozbili drzwi i weszli do naszej chaty. Było ich trzech. Ściągnęli moją mamę z pieca do sieni i tam ją kolejno gwałcili. Potem pobili ją tak mocno, że była cała posiniaczona.
Ja w tym czasie schowałam się pod poduszkę, a kiedy zaczęłam krzyczeć, jeden z banderowców uderzył mnie mocno pałką. Kiedy oprawcy opuścili naszą chatę mama powiedziała: „Uchodźmy z chaty, bo jak jeszcze raz przyjdą to nas zabiją”.
Wzięłyśmy pierzyny na siebie i poszłyśmy na strych do stajni. Do rana tam siedziałyśmy nie mogąc zasnąć. Słyszałyśmy, jak w nocy, drogą przez naszą wieś szli i jechali saniami i końmi bandyci – banderowcy.
Rano poszłyśmy do mieszkania. Przyszła wtedy do nas nasza sąsiadka, koleżanka mamy, Joanna Gonczowska. Opowiedziała nam, że u niej też byli banderowcy i też ją gwałcili przy dzieciach” (Maria Krzyżewska – Krupnik; w: Komański…, s. 537 – 538). Po zabraniu mężczyzn do wojska we wsiach polskich pozostały bezbronne kobiety, dzieci i starcy, pozostawione na pastwę banderowców.
Po polskich domach bezkarnie grasowali banderowcy torturując, gwałcąc i zabijając dziewczęta i kobiety. We wsi Mogielnica pow. Trembowla zamordowali 42-letnią Bronisławę Janicką oraz jej 16-letnią córkę Nellę, którą zgwałcili i zakłuli nożami (Komański…, s. 406).
W mieście Trembowla woj. tarnopolskie uprowadzili 25-letnią Irenę Golańską i na polu koło wsi Ostrowczyk po zbiorowym gwałcie i torturach zamordowali ją (Komański…, s. 418).
Pod koniec 1944 roku we wsi Germakowka pow. Borszczów małżeństwo polsko-ukraińskie zamierzało wyjechać do Polski. Safron Kifjak był Ukraińcem, jego żona Zofia z domu Konopska była Polką. Tuż przed wyjazdem jej mąż zaginał.
„Zaniepokojona Zosia pobiegła do leśniczówki i zobaczyła męża z uciętą głową. Przebywała tam liczna grupa pijanych banderowców. Oni zatrzymali Zosię, najpierw ją zbiorowo zgwałcili, następnie włożyli ja do dużego worka, położyli na ziemi, i zaczęli ćwiczyć rzucanie noży w worek.
Podobno zabawa trwała dość długo. Ofiara strasznie krzyczała i cierpiała, aż wreszcie skonała” (Stanisław Leszczyński; w: Komański…, s. 545). Na masową skalę Polki były uprowadzane z domów i w większości ginęły bez śladu. Ciała odnalezionych były zmasakrowane.
Ale ginęły nie tylko pojedyncze kobiety. Np. we wsi Czarnokońce Wielkie pow. Kopyczyńce po zabraniu mężczyzn do Wojska Polskiego, banderowcy uprowadzili z tej wsi oraz ze wsi Czarnokoniecka Wola 40 Polek i zamordowali w pobliskim lesie. Nie sposób także ocenić, ile kobiet zgwałconych ten koszmar przeżyło, bo ze zrozumiałych względów takich zeznań nie składały.
Na początku stycznia 1945 roku we wsi Torskie pow. Zaleszczyki:
„Było tam siedem ciał. Babcia znajdowała się w pozycji kucznej, miała wiele ran na ciele, pięć innych ciał leżało w różnych pozycjach, z wieloma ranami kłutymi na ciele, natomiast nasza mama była zupełnie naga, z odciętą piersią, bez uszu, z bagnetem w kroczu i wieloma ranami kłutymi i postrzałowymi na ciele” (Czesław Bednarski; w: Komański…, s. 889).
W styczniu 1945 roku we wsi Zazdrość pow. Trembowla uprowadzili z domów 3 Polki: Rozalię Podhajecką, Emilię Słowińską oraz Eugenię Wilk. Kobiety trzymali w piwnicy i gwałcili przez kilka dni, a następnie zamordowali (Komański…, s. 423). 8 marca 1945 r. we wsi Jezierzany pow. Borszczów wdarli się nocą do polskiego domu i wymordowali 6-osobową rodzinę Sorokowskich oraz sąsiadkę, koleżankę córki.
Zarówno 18-letnią sąsiadkę Janinę Tomaszewską jak i 19-letnią córkę Bronisławę przed zamordowaniem zborowo zgwałcili (Komański…, s. 41).
18 marca we wsi Dragonówka pow. Tarnopol dwaj banderowcy w mundurach NKWD wymordowali 7 osób z 2 rodzin braci Domaradzkich, w tym: małe dziecko, Kazię, utopili w cebrzyku z pomyjami oraz zabrali ze sobą 14-letnią córkę Ludwika Domaradzkiego, która zaginęła bez wieści (Komański…, s. 366).
„Teresa Pendyk przypomina o napadzie ukraińskiej bandy na rodzinę Dziubińskich. Po nim banderowcy uprowadzili ok. 13-letnią córkę Dziubińskich. Przetrzymywali ją w piwnicy w Podhorcach. Dziewczynka była bita i gwałcona. Zmarła”. (http://roztocze.net/arch.php/22746_Ukrai?cy_wystawi?rachunek.html (link is external)
W marcu 1945 we wsi Leszczańce pow. Buczacz zamordowali 22 Polaków. Zwłoki 15-letniej Genowefy Gil znaleziono dopiero 3 maja nad brzegiem rzeki Strypa, natomiast zwłok uprowadzonej 17-letniej jej siostry Heleny nie odnaleziono.
We wsi Karczunek pow. Tarnopol: „Szczególnie tragiczny był los dwóch młodych kobiet – Michaliny Kupyny, córki Błaszkiewicza, żony Ukraińca Piotra Kupyny oraz 16 letniej Czesławy Nakoniecznej. Obie pochodziły z Dobrowód leżących 7 km od Ihrowicy i były Polkami. /…/ Zabrali obie kobiety do domu Tracza, gdzie wielokrotnie rozbierano je i brutalnie gwałcono. Nie pomogły błagania Michaliny, że zostawiła dwoje małych dzieci, 6 letnią córeczkę i 2 letniego synka, a jej mąż Ukrainiec jest na wojnie. Michalinę zamordowano. Czesławę trzymano w strasznych warunkach jeszcze kilka dni, ale w końcu wypuszczono.
Wycieńczona gwałtami i głodem powoli wracała do oddalonych o 5 km Dobrowód. W tym czasie w siedzibie bandy pojawiła się niejaka Zahaluczka, prawdopodobnie żona Ołeksy. Kobieta przekonała banderowców, że pozostawienie przy życiu Czesi jest dla nich niebezpieczne, gdyż dziewczyna może zdradzić miejsce pobytu bandy.
Kiedy Czesia z trudem dochodziła do Dobrowód, dogonił ją na koniu banderowiec Horochowski, pochodzący z tej samej wsi. Obwiązał dziewczynę powrozem i przyprowadził z powrotem do domu Tracza. Tam dziewczynę zabito” (Jan Białowąs: „Krwawa Podolska Wigilia w Ihrowicy 1944 r.”; Lublin 2003, s. 65-67 oraz w:http://www.stankiewicze.com/ludobojstwo.pl (link is external)
W kwietniu 1945 r. we wsi Strzałkowce pow. Borszczów znalezione zostały zwłoki Danuty Szynajewskiej, z 1-roczną córką. Kobieta była torturowana, miała też wyprute jelita, natomiast dziewczynka roztrzaskaną głowę.
Wiosną 1945 roku we wsi Święty Stanisław pow. Kołomyja w bunkrze UPA w lesie znaleziono zwłoki dziewczyn lat 17, 20 i 21.
18 czerwca 1945 r. we wsi Cewków – Buda Czerniakowa pow. Lubaczów upowcy zamordowali 3 Polki, lat 23, 26 (ich ciał nie odnaleziono) oraz 30-letnią.
Nocą z 16 na 17 lipca we wsi Wojutycze pow. Sambor zamordowali 2 rodziny polskie liczące 10 osób, o nazwisku Kok (2 mężczyzn, 2 kobiety (lat 30 i 50), dwie córki lat 2 i 4 z jednej rodziny oraz 3 córki w wieku od 17 do 22 lat i syn lat 24 z drugiej rodziny.
„Przed śmiercią kobiety i dziewczęta zostały zbiorowo zgwałcone. Wszyscy byli torturowani, ciała ofiar były zmasakrowane” (Siekierka…, s. 912 – 913; lwowskie).
16 czerwca 1946 r. we wsi Darowice pow. Przemyśl upowcy uprowadzili 18-letnią Helenę Wańczoskę i po nocy następnego dnia przyprowadzili ją pod jej dom i tutaj zastrzelili.
Nocą z 6 na 7 lutego 1947 r. we wsi Żernica Wyżna pow. Lesko uprowadzili 4 Polki, które zaginęły bez wieści oraz w marcu tego roku we wsi Raczkowa pow. Sanok uprowadzili 3 Polki, które także zaginęły bez wieści.
Podczas walk z UPA w Bieszczadach generał Edwin Rozłubirski wyruszył z batalionem WP na pomoc napadniętej przez UPA jednej z wiosek.
Meldunek przekazała placówka WOP w Komańczy. Dotarli po dwóch godzinach marszu. Generał relacjonował, co tam zastali:
„ W stojącej na uboczu owczarni znaleźliśmy dziewczęta i młode kobiety, jedyne istoty ludzkie, które ocalały z rzezi – ofiary tego, co – Hładysz cynicznie określał jako „kwadrans higieny seksualnej” ; kobiety zmaltretowane, pokrwawione, wielokrotnie gwałcone…
Płakały i błagały o pomoc, ale jak mogliśmy im pomóc? Trzeba było zawieźć je do miasta i udzielić pomocy lekarskiej…. Drżącym i zacinającym się ze zdenerwowania głosem meldowałem o tym dowódcy pułku prosząc o przysłanie lekarza i konwoju z samochodami wymoszczonymi sianem – wiedziałem, że tyloma sanitarkami, ile było potrzebnych, pułk nie dysponuje .
Felczer batalionu zbierał od żołnierzy opatrunki osobiste – swoje z torby już dawno zużył, bez rezultatu usiłując zahamować krwotok dziewczynie, której bandyci wcisnęli butelkę w narządy rodne, po czym jeden z nich szczególnie okrutny – jak mówiły z krechą na gębie – który bił je i maltretował – rozbił szkło kopnięciem.
Nieszczęsna leżała teraz w kałuży krwi na ziemi, bezsilna, z twarzą białą jak papier, gryząc wargi w niemym milczeniu; podobno opierała się banderowcom, jednego z nich uderzyła w twarz.
Druga, która wymaga natychmiastowej interwencji chirurga to dwunastoletnia dziewczynka…. Ma rozdarte krocze”. Jeszcze w 1948 roku, 8 kwietnia we wsi Cichoborz pow. Lubaczów grupa „ukraińskich partyzantów” torturowała i zabiła Polaka – gajowego, a dwóch z nich zgwałciło jego córkę.
Trudno jest oszacować, ile polskich dziewcząt i kobiet padło ofiarą ukraińskich gwałtów w latach 1939 – 1948.
Łączna ilość ofiar ludobójstwa szacowana jest od 150 tysięcy do 250 tysięcy Polaków, z czego około 80% to były kobiety, dzieci i starcy.
A jak wskazują badania dr Lucyny Kulińskiej, ofiarami gwałtów padały nawet 6-letnie dziewczynki.
Można przyjąć, że będzie to liczba mieszcząca się pomiędzy 20 – 50 tysiącami ofiar. O ile jednak w przypadku sowieckich gwałtów na Niemkach, Polkach czy Węgierkach, w ich wyniku śmierć poniosło mniej niż 1% ofiar, to w przypadku gwałtów ukraińskich przeżyło je mniej niż 1% polskich dziewcząt i kobiet.
Jest to także istotą tego ludobójstwa określonego przez prof. Ryszarda Szawłowskiego jako „genocidum atrox” , czyli „ludobójstwo okrutne, straszliwe”.
Sejm Rzeczypospolitej. jak ogólnie wiadomo, zlekceważył przy pomocy Bronisława Komorowskiego, Donalda Tuska, Ewy Kopacz, Stefana Nesiołowskiego i innych „prawdziwych Polaków” „11 lipca Dzień Męczeństwa Kresowian” nie uznając tego Dnia Pamięci, natomiast „genocidum atrox” (ludobójstwo okrutne) dokonane na 200 tysiącach Polakach i innych narodowości obywateli polskich uznał w sposób bezwzględnie okrutny za „znamiona” ludobójstwa.
Ponieważ „znamiona” ludobójstwa nie utożsamiają się z okrucieństwem „genocidum atrox” Sejm Rzeczypospolitej z zza biurka odpowiada za zbrodnie ludobójstwa nacjonalizmu ukraińskiego dokonane na Wołyniu i w Małopolsce Wschodniej.
Natomiast politycy polscy występują na kijowskim majdanie z przemówieniami pod banderowskimi sztandarami.
Tymczasem początek na początku roku 2014:
“Polakom … zrobimy drugi Katyń” – to słowa Dmitrija Jarosza (!) -przywódcy “Prawego Sektora” w rozmowie z Olegiem Tiahnybokiem – przywódcą partii “Swoboda ” prowadzącym równocześnie pochody nacjonalistów, faszystów i antysemitów ukraińskich z roszczeniami terytorialnym od Przemyśla po Kraków pod hasłami:
“Smert Lachom – sława Ukrainie”
“Lachy za San”
“Riazy Lachiw”
“Lachow budut rizaty i wiszaty”
“Dosyć już Lachy paśli się na ukraińskiej ziemi, wyrywajcie każdego Polaka z korzeniami”.
Dokumenty, źródła, cytaty:
STANISŁAW ŻUREK stanzurek@vp.pl (link sends e-mail)
http://www.ivrozbiorpolski.pl/ (link is external) IV ROZBIÓR POLSKI
Władysław Siemaszko, Ewa Siemaszko „Ludobójstwo dokonane przez nacjonalistów ukraińskich na ludności polskiej Wołynia 1939 – 1945
L. Kulińska i A. Roliński, Kraków 2003, s. 12 – 14.

=======================
Źródło: http://niepoprawni.pl/blog/2218/ukrainskie-gwalty-na-polkach-temat-zakazany/

========================

 

Owe szatańskie nauki przyjęto bez słowa.
Nienawiścią, podstępem goszczono Polaków,
A nawet swoich, rozumnych rodaków.
Rozbierano do naga, wiązano kolczastym drutem
I bito do skonania żelazem kutym.
Jeszcze żyjącym gwóźdź wbijano w głowę,
Odcięto piłą ręce, krocze i nogę.
Bratu kazano zabić brata, mężowi dzieci, żonę;
Takie były metody tortur, przez UPA wprowadzone.
Ukraince, co konającemu dała kubek wody
Nie dane było cieszyć się z swej pięknej urody.
Dwudziestu ją gwałciło, twarz pocięto żyletką;
Dziecko. Modliło się do Boga o śmierć – i to prędką.
Palono ludzi żywcem, wydłubywano im oczy
I patrzono czy ślepy drzwi znajdzie, z płomieni wyskoczy;
Takiego zwyrodnialcy jakby w drodze łaski
Witali gromkim: hura ! były i oklaski.
Potem popalone ciało posypywali solą
Szydząc, że pono Polaków rany nie bolą.
I oto ta grupa super – zbrodniarzy
Wraca na Ukrainę i o władzy marzy.
Swe zbrodnie ubiera w szaty narodowe
Zarażając kłamstwem społeczeństwo zdrowe:
Wspaniałych ludzi Wielkiej Ukrainy,
Których my Polacy po prostu – lubimy.http://www.stankiewicze.com/index.php?kat=31&sub=468

 

 

=======================

 

=============================

 


oceń
0
0

komentarze (0) | dodaj komentarz

Okrucieństwa Ukraińców na Polakach cd. ( Nie zapomnimy ! )

piątek, 15 lipca 2016 0:33


18 czerwca we wsi Jarosławicze pow. Dubno wymordowali co najmniej 52 Polaków. M.in.: 18-letnią Stasię Jachimek „ukraińscy powstańcy” kilkakrotnie zgwałcili, przywiązali nagą sznurem za nogi do belki i zanurzyli głową w dół w studni.
18-letnią Lusię i 30-letnią Jadwigę Przewłockie przed śmiercią brutalnie wielokrotnie gwałcili na oczach kilku osób (w tym rodziców) czekających na śmierć (Siemaszko…, s. 65; oraz Mieczysław Jankowski: Zapomnieć nie mogę; w: „Świadkowie mówią”, s. 10).
20 czerwca w kol. Dąbrowa pow. Łuck zamordowali Anielę Rudnicką z 3 dzieci oraz 17-letnią Wandę Stępień po dokonaniu zbiorowego gwałtu (Siemaszko…, s. 568).
W osadzie Szklińskie Budki pow. Łuck zakłuli nożami 40-letniego Wacława Podobińskiego, jego 38-letnią ciężarną żonę Zofię oraz uprowadzili ich 17-letnią córkę Alicję, po której ślad zaginął.
23 czerwca w kol. Andrzejówka pow. Łuck Ukraińcy z kolonii Krasny Sad zamordowali 10 Polaków, w tym 23-letnią Jadwigę Chmielewską, którą uprowadzili do lasu i tam przed śmiercią zgwałcili.
29 czerwca w kol. Fundum pow. Włodzimierz Wołyński upowcy poszukiwali młodych Polek. Postrzelili Feliksa Bulikowskiego i wrzucili do studni oraz ciężko pobili matkę i syna, bo nie chcieli zdradzić miejsca ukrycia córek (sióstr).
Następnie napadli na rodzinę Styczyńskich i pobili ciężko rodziców także poszukując ich córek. W czerwcu 1943 r. w kol. Budki Kudrańskie pow. Kostopol dokonali rabunków w polskich gospodarstwach oraz zgwałcili kilka nastoletnich dziewcząt.
Jest to jeden z 4 znanych przypadków w historii tego ludobójstwa, gdy gwałty nie zakończyły się śmiercią ofiar.
Koło wsi Chwojanka pow. Kostopol w pobliskim lesie zamęczyli na śmierć siostry Dąbrowskie, 19-letnią Władysławę i 21-letnią Genowefę, mieszkanki kol. Borek Kuty.
W kol. Grabina pow. Łuck postrzelili 15-letnią Polkę Helenę Karczewską, następnie zgwałcili ją i dobili strzałem w podbródek; świadkiem był ojciec ukryty nieopodal w lesie (Siemaszko…, s. 568).
We wsi Hać pow. Łuck zamordowali młodą dziewczynę, Kalabińską, nad którą znęcali się w okrutny sposób. W czerwcu 1943 r. majątku Woronów pow. Sarny upowcy obrabowali i spalili majątek oraz zamordowali nie ustaloną liczbę Polaków, natomiast 30 z nich zbiorowo zgwałciło córkę zarządcy majątku (Siemaszko…., s. 722).
W kol. Zahadka pow. Włodzimierz Wołyński miejscowy Ukrainiec podjął się doprowadzenia do Włodzimierza młodej Polki Reginy Garczyńskiej, która odwiedziła rodzinę i wiozła z powrotem żywność. W okolicach wsi Mohylno wydał ją w ręce upowców, którzy przywiązali ją rozebraną do drzewa i gwałcili. Równocześnie rozpalili ognisko i następnie wkładali ofierze w narządy rodne rozpalone żelazo (Siemaszko…., s. 949, 959).
We wsi Zastawie (Katarzynówka) pow. Horochów upowcy uprowadzili do lasu 22-letnią Henrykę Tomal, gdzie przez 3 dni wielokrotnie ją gwałcili, potem zamordowali i wrzucili do suchej studni w lesie (Siemaszko…, s. 136).
To wszystko działo się jeszcze przed 11 lipcem 1943 roku, dniem nazwanym „Krwawą Niedzielą” , czyli przed apogeum ludobójstwa na Wołyniu. Potem nadeszły rzeczy tak przerażające, że podczas słuchania o nich „siwiały młode dziewczęta”.
Przykładem takiego bestialstwa jest zagłada wsi Władysławówka pow. Włodzimierz Wołyński. Przebieg tej zbrodni znany jest dzięki Ukraińcowi, który zrelacjonował ją swojemu polskiemu sąsiadowi.
Pod koniec sierpnia 1943 roku z Władysławówki przybiegł zakrwawiony mężczyzna krzycząc, że Ukraińcy mordują w tej wsi Polaków. Świadek, W. Malinowski ukrył się ze swoją rodziną w lesie.
Pomagał im sąsiad, Ukrainiec Józef Pawluk. Poszedł on do wsi sprawdzić, co się dzieje. Wrócił po około 3 godzinach i zdał relację.
„Prowidnyk ich powiedział, że taka rzeź jednocześnie jest przeprowadzana, odbywa się na całej Ukrainie, że jest nakaz wybicia wszystkich Lachiw – żeby nikt nie pozostał – komunistów i Żydów też.
Powiedział (Józef Pawluk – przyp. S.Ż.), że we wsi Władysławówce wybili wszystkich, 40 rodzin – ogółem około 250 osób, leżą martwi, trupy.
Zapytany, jak to się stało, opowiedział, że rano napadli na kolonię, 50-ciu Ukraińców – UPA, uzbrojonych, otoczyło i „zdobyło” wieś, podczas “zdobywania” wsi zastrzelili kilku Polaków, którzy uciekali.
Pozostali bezbronni i sterroryzowani zostali oddani Ukraińcom, którzy oczekiwali w rejonie wsi przed jej „zdobyciem”.
Była to zbieranina ludzi bez broni palnej, ze 150 osób, między nimi były kobiety – wszyscy posiadali kosy, sierpy, siekiery, widły, noże, cepy, szpadle, grabie, kłonice, orczyki i inne narzędzia stosowane w rolnictwie.
Tak na znak dany przez uzbrojonych Ukraińców, rzucili się na Polaków. Rozpoczęła się straszna rzeź, w tym zamieszaniu pobili i swoich.
O tym opowiedział mi ojciec – mówił Pawluk, a sam widziałem koniec tego mordu – najgorzej znęcali się nad ostatnimi Polakami – rozszarpywali ludzi, ciągnęli za ręce i nogi, a inni ręce te odżynali nożami, przebijali widłami, ćwiartowali siekierami, wieszali żywych i już zabitych, rozcinali kosami, wydłubywali oczy, obcinali uszy, nos, języki, piersi kobiet i tak ofiary puszczali. Inni łapali je i dalej męczyli, aż do zabicia.
Przy końcu ofiara była otoczona grupą ryzunów – widziałem, jak jeszcze żyjącym ludziom rozpruwano brzuchy, wyciągano rękami wnętrzności – ciągnęli kiszki, a inni ofiarę trzymali; jak gwałcili kobiety, a później je zabijali, wbijali na kołki, stawiali żywe kobiety do góry nogami i siekierą rozcinali na dwie połowy, topili w studniach.
Powiedział Pawluk, że nigdy w życiu nie widział i nie słyszał o takiej rzezi, i nikt, kto tego nie widział, nigdy w to nie uwierzy, że jego pobratymcy tego dokonali. (…) Po wybiciu ofiar wszyscy rzucili się na dobytek – rabowali wszystko, nawet jedni drugim zabierali, były bratobójcze bójki (…).
Nie mogłem patrzeć się na dzieci z roztrzaskanymi głowami i mózgiem na ścianach, wszędzie trupy zmasakrowane, krew – aż czerwono..”. (Siemaszko…, s. 1236 – 1237).
W podobny sposób jak Władysławówka, zarówno na Wołyniu jak i w Małopolsce Wschodniej zagładzie uległo kilkaset wsi polskich. W Augustowie ocalał świadek Kajetan Cis, ukryty w kopie zboża. Widział nieudaną próbę ucieczki rodziny Malinowskich liczącej 7 osób: rodziców, teściową i dzieci lat: 2. 3, 4 i 5.
„Rozjuszona banda, jeszcze okrwawiona i rozgrzana we Władysławówce – widłami, siekierami, sierpami i kosami – zabijała, maltretowała tę rodzinę; kobiety, żonę Malinowskiego i teściową, rozebrali do naga i gwałcili – chyba gwałcili już nieżywe kobiety, bo leżały bez ruchu i co raz jakiś rezun kładł się na nie, były całe we krwi.
Żywe dzieci podnosili na widłach do góry – straszny krzyk (…). Kilku rezunów poznałem – mieszkali w przyległych wioskach, sąsiedzi” (Siemaszko…, , s. 1237).
We wsi Woronczyn pow. Horochów 15 lipca 1943 r.: „Kiedy my, przestraszeni siedzieliśmy w życie, we wsi rozpętało się piekło. /…/ Siedzieliśmy skuleni, aż tu nagle słychać rozmowę.
Powolutku podniosłam głowę. Zobaczyłam białego konia, na którym siedział Ukrainiec. Przez pierś miał przewieszony karabin. Prowadził przywiązaną do siodła kobietę (podkr. – S.Ż.).
Była to nasza sąsiadka Krzeszczykowa” (Stanisława Jędrzejczak; w: Biuletyn Informacyjny 27 Dywizji Wołyńskiej AK, nr 1 z 2000 r.). Losu uprowadzonej „w jasyr” polskiej kobiety można domyśleć się, był gorszy od branek tatarskich, a działo się to w połowie XX wieku.
25 lipca 1943 r. we wsi Gnojno pow. Włodzimierz „ukraińscy partyzanci” zamordowali 37-letnią Polkę z kol. Mikołajówka oraz jej sześcioro dzieci, a w dwa dni później Feliksę Dolecką ze wsi Swojczów.
Z posterunku policji ukraińskiej w Gnojnie przyjechało do domu Felicji w Swojczowie, dwóch znanych jej ukraińskich policjantów. Powiedzieli do Felicji tak:
“Zbieraj się odwieziem cię do Włodzimierza Wołyńskiego, bo tutaj Ukraińcy cię zabiją!” Ona już w tym czasie wiedziała o tragedii jaka wydarzyła się niedawno w polskim Dominopolu.
Zaufała Ukraińcom, zebrała pospiesznie swoje rzeczy do walizek, wsiadła z nimi na furmankę i odjechali. Zamiast jednak do Włodzimierza Wołyńskiego pojechali w trójkę na posterunek policji ukraińskiej w Gnojnie.
Tam ją gwałcili, a w końcu zaciosali kołka i wbili jej ten pal w błonę poślizgową. Tak wbili ją na pal, zupełnie jak za okrutnych czasów ich bohatera narodowego Bohdana Chmielnickiego” (Antonina i Kazimierz Sidorowiczhttp://www.stankiewicze.com/ludobojstwo.pl (link is external) ).
W lipcu 1943 r. we wsi Niewirków pow. Równe podczas nocnego mordowania ludności polskiej upowcy w jednym domu zgwałcili dwie Polki: 20-letnią Hicewicz i 25-letnią Marię Błachowicz, a następnie zakłuli je, natomiast „tylko” śmiertelnie pokłuli ich matki.
W drugim domu to samo spotkało kolejne dwie Polki. We wsi Ozierany pow. Kowel zamordowali: siostry lat 18 – 20, chłopca lat 21 oraz Anielę Świder z mężem i dzieckiem, którą zgwałcili i przypiekali rozpalonym żelazem.
8 sierpnia 1943 r. w kol. Kadyszcze pow. Łuck dwie Polki, siostry mające po 17 – 18 lat, idące do kościoła, po zgwałceniu zostały bestialsko zamordowane przez kilkunastu chłopów ukraińskich.
15 sierpnia 1043 r. (święto Wniebowzięcia NMP) w kol. Ludmiłpol pow. Włodzimierz Wołyński bestialsko zamordowali siostry lat 18 i 20 uciekające furmanką ze wsi Turia do Włodzimierza Wołyńskiego – Jadwigę i Stanisławę Zymon.
28 sierpnia we wsi Beresk pow. Horochów zamordowali 3-osobową rodzinę polską kowala: 60-letniego Grzegorza Paluszyńskiego, jego 60-letnią żonę Aleksandrę oraz 20-letnią córkę Stanisławę, którą przed śmiercią zgwałcili.
29 sierpnia w kol. Czmykos pow. Luboml upowcy razem z chłopami ukraińskimi z okolicznych wsi Czmykos, Sztuń, Radziechów, Olesk i Wydźgów wymordowali około 200 Polaków.
Napadem kierował sotnik Pokrowśkyj, syn duchownego prawosławnego ze wsi Sztuń.
Grupę dziewcząt i kobiet spędzono do szkoły, gdzie po zgwałceniu i zmaltretowaniu, zwłoki wrzucono do szkolnej ubikacji.
30 sierpnia we wsi Myślina pow. Kowel upowcy z okolicznych wsi, powracając z rzezi ludności polskiej w Rudnikach, zgwałcili 16-letnią Leokadię Czarny i spalili ją żywcem razem z 18-letnim bratem oraz 5-osobową rodziną Myślińskich.
31 sierpnia w kol. Fiodorpol pow. Włodzimierz Wołyński zamordowali 69 Polaków; 20-letnią Genowefę Bałakowską oraz jej 22-letnią koleżankę o nazwisku Jączek najpierw zgwałcili, następnie przywiązali nagie do krzeseł, wydłubali im oczy i poderżnęli skórę wokół szyi.
W kol. Mikołajówka pow. Włodzimierz Wołyński zamordowali co najmniej 31 Polaków. Rozalia Noworolska, lat 20, ponieważ broniła się przed gwałtem została zakopana żywcem w ziemi, zamordowali także jej 16-letnią siostrę Annę.
Podczas żniw w 1943 roku we wsi Wesołówka pow. Kowel upowcy przez 2 tygodnie torturowali Bronisławę Wesołowską.
„Ze wsi Dubiszcze w sierpniu 1943 r. do leśniczówki ordynacji radziwiłłowskiej – Grobelki oddalonej ok. 1 km od Kolonii Grobelki przyszło około 30 Ukraińców niby po wypłatę. Otoczyli budynek. Za pomocą siekier zamordowali rodzinę leśniczego Władysława Krepskiego, przy czym siostrę jego, ciężarną Janinę Krepską – Rodak znaleźli ukrytą w pasiece, najpierw zgwałcili, następnie obcięli piersi i przybili do drzwi stajni (www.dziennik.pl (link is external) forum dyskusyjne, 6.02.2009http://www.panorama.media.pl/ (link is external) (Panorama leszczyńska)
17 września 1943 r. we wsi i majątku Zabłoćce oraz we wsi Żdżary Duże pow. Włodzimierz Wołyński upowcy i miejscowi chłopi ukraińscy wymordowali wszystkich Polaków z rodzin polsko-ukraińskich.
Mężczyzn, kobiety i dzieci mordowali na miejscu, dziewczęta w lesie po zgwałceniu – razem 116 osób. Jesienią 1943 r. w osadzie Łabędzianka pow. Dubno zamordowali po torturach rodzinę gajowego Midura; jego żonę z dziećmi, w tym 12-letnią córkę, którą przed śmiercią zgwałcili.
W listopadzie we wsi Krzywcza Górna pow. Borszczów uprowadzili z domów i zamordowali w pobliskim lesie 5 Polaków, w tym 18-letnią Julię Kamińską i 21-letnią Marię Kamińską. Odnalezione zwłoki miały ślady tortur, liczne rany kłute, powyrywane paznokcie, poparzone ciała ogniem, obcięte piersi u kobiet, które przed torturami były gwałcone (Komański…, s. 44).
W Wigilię 1943 roku we wsi Kotłów pow. Złoczów zamordowali 7 rodzin polskich podczas wieczerzy wigilijnej. „Tam były pomordowane młode dziewczęta i jakże okrutnie… jedną powieszono za włosy na drzwiach i rozpruto jej brzuch, a drugiej z kolei ręce przybito gwoździami do stołu, a stopy – do podłogi.
Albo ten maleńki chłopczyk… powieszony za genitalia na klamce…” (Sikorski…, s. 189 – 190 i 202). We wsi Załoźce pow. Zborów: „1943 rok , przedmieścia malej kresowej mieściny Zalosce , b. woj. tarnopolskie.
Kilku członków Ukraińskiej Powstańczej Armii wkracza do małego gospodarstwa, mordują (walczą) stryja mojej śp. Babci, jego żonę, ich 3 – miesięczne dziecko, dwie córki w wieku 14 i 15 zostają zgwałcone i pocięte nożami, moja Babcia obserwuje wszystko ukryta w drewutni (lat 11), potem bohaterowie UPA podejmują heroiczna walkę z żywym inwentarzem, który biorą do niewoli.
Tak UPA walczyła …” (Lancaster, 26 grudzień 2012; w:http://forum.historia.org.pl/topic/8955-ukrainska-powstancza-armia-upa/page__st__15 (link is external)
17 stycznia 1944 r. we wsi Suchowola pow. Brody banderowcy obrabowali i spalili gospodarstwa polskie oraz zamordowali 48 Polaków. „Stefania Molińska, bardzo ładna dziewczyna, wyjechała do Brodów, ale tego dnia przyjechała do domu w Zalesiu, aby zabrać trochę rzeczy.
Była gorącą patriotką i nieraz starła się z ukraińskimi nacjonalistami, którzy ja sobie dobrze zapamiętali. Tego dnia banderowcy złapali ją, zabrali do lasu, tam bili, w końcu odcięli jej ręce, wyrwali język i zakopali żywcem w ziemi.
W takim stanie, w cierpieniu, powoli umierała” (Cz. A. Świętojański i A. Wiśniewski, w: Komański…s. 601).
„Od Antoniego Morawskiego dowiedział się, że banderowcy byli bardzo okrutni. Wrzucali do płonących zabudowań żywych ludzi, innym podrzynali gardła, a jego siostrę Stefanię Molińską przed zamordowaniem zgwałcili, wyrwali język, odrąbali ręce, a potem do połowy zakopali w ziemi” (Edward Gross; w: Komański…, s. 562).
Nocą z 19 na 20 stycznia 1944 r. we wsi Madziarki pow. Sokal upowcy zamordowali 8 Polaków, w tym 20-letnią Julię Bałajewicz oraz 14-letnią Eugenię Teterę.
„Kazik poszedł na strych, Julka schowała się w skrzyni. Kazika dopadli pierwszego. Dostał kulą rozrywającą i spadł z dachu. Julkę wyciągnęli ze skrzyni i zgwałcili.
Opowiadała macocha, że prosiła: „panowie zrobiliście coście chcieli, darujcie życie”. Padł strzał” (Michał Bałajewicz; w: Siekierka…, s. 1035; lwowskie).
„W poprzek łóżka leżała w krótszej koszuli (nakryta chustką przez Marczewską) Gienia siostra lat 14. Twarz nienaruszona. Pościel na łóżku obłocona. Zgwałcono ją przed śmiercią.
Śmiertelna kula weszła w szyję i wyszła wierzchem głowy. Tak jakby na leżącą położono karabin i oddano strzał” (Józefa Paszkowska z d. Tetera; w: Siekierka…, s. 1069; lwowskie).
W lutym 1944 r. we wsi Majdan pow. Kopyczyńce „zamordowano Marysię Pełechatą, lat 24, córkę Anny i Mikołaja. Szła z koleżanką Marysią Dżumyk do Cortkowa.
Na drodze niedaleko starej leśniczówki, wyszło do nich kilku ukraińskich rezunów i zaprowadzili obie na Korczakową, do „domu katowni” mieszczącego się w polskiej zagrodzie Marii i Franciszka Czarneckich.
/…/ Kiedy przyprowadzono obie dziewczyny do jej domu, Marysię Dżumyk banderowcy zwolnili, bo jej matka była Ukrainką z Tudorowa, natomiast Marysię Pełechatą zatrzymano.
Kilku pijanych banderowców najpierw ją zgwałciło, a następnie torturowali ją, m.in. ucięli jej język, potem obie piersi i będącą w agonii dziewczynę za włosy zaciągnęli do pobliskiego głębokiego rowu i tam dobili” (Józef Ciemny; w: Komański…, s. 745 – 746).
We wsi Stawki Kraśnieńskie pow. Skałat zamordowali 3-osobową rodzinę polską, w tym 19-letnią córkę Janinę Karpińską uprowadzili do lasu, zborowo zgwałcili i z otwartą raną brzucha wrzucili do suchej leśnej studni, gdzie konała przez kilka dni.
7 i 8 marca 1944 roku we wsi Jamy pow. Lubartów, Ukraińcy na służbie niemieckiej zatrzymali się na kwaterach we wsi. Po posiłku z alkoholem wypędzili mężczyzn i napastowali kobiety i dziewczęta. Na drugi dzień zaczęli palić i mordować Polaków:
„Małe dzieci chwytali za nogi i żywcem wrzucali w płomienie. Kobiety i dziewczęta były najpierw gwałcone, zabijane, a ich zwłoki wrzucane do ognia”. Zamordowali około 200 Polaków (Jastrzębski…, s. 161, lubelskie).
W połowie marca 1944 r. w miasteczku Gołogóry pow. Złoczów banderowcy złapali młodą nauczycielkę, łączniczkę AK Lusię Szczerską, która zbierała pieniądze na wykupienie z więzienia we Lwowie księdza Antoniego Kamińskiego, aresztowanego po fałszywym zarzucie przez policje ukraińską.
„Została ona przywiązana drutem do drzewa, rozebrano ja do naga, miała wydłubane oczy, obcięty język, oskalpowaną głowę, ze skórą ściągniętą do tyłu, odcięto jej też piersi, a zdarte kawałki skóry z całego ciała położono na ziemi, przed wiszącym ciałem. Był to widok przerażający, pokazujący do czego zdolny jest ukraiński faszysta” (Tadeusz Urbański; w: Komański…, s. 980).
„17 marca 1944 roku (we wsi Staje pow. Rawa Ruska – przyp. S.Ż.) liczna grupa wyrostków ukraińskich, w wieku od 15 do 18 lat napadła na polskie zagrody i wymordowała wszystkich napotkanych Polaków.
Zginęli wtedy: /…/ Maria Legażyńska (20 lat), wyprowadzona z domu, zgwałcona przez kilku napastników, następnie zamordowana, a zwłoki położone zostały pod stodołą” (Aleksander Kijanowski; w: Siekierka…, s. 796; lwowskie).
25 marca w tej wsi upowcy spalili część zabudowań i kościół oraz zamordowali ponad 40 Polaków, w tym kobietę zbiorowo zgwałcili i dwóch Ukraińców o nazwisku Skopij zarąbało ją siekierami.
W marcu 1944 roku we wsi Bruckenthal pow. Rawa Ruska policjanci ukraińscy przebrani w mundury niemieckie, upowcy oraz chłopi ukraińscy z okolicznych wsi wymordowali 230 osób.
Około 100 osób spalili w kościele. „W sukurs umundurowanym bandytom przyszły liczne zastępy mołojców z Domaszkowa, Sałaszy i Chlewczan. Ci byli uzbrojeni w widły, siekiery i noże.
Zaczęły płonąć pierwsze domy. Wśród zabudowań uwijali się podpalacze i gromady chłopów ukraińskich, grabiąc co się tylko dało. Ulicami, w stronę kościoła, szły tłumy ludzi, otoczone i popędzane przez gromadę żądnych krwi bandytów.
Inni buszowali po piwnicach i strychach wywlekając stamtąd ukrytych mieszkańców, pastwiąc się nad nimi i gwałcąc kobiety i dziewczęta. /…/
Zabijano więc w płonących domach, na podwórzach i ulicach, zarzynano dzieci i kobiety” (ks. Michał Danowski; w: Siekierka…, s. 780 – 790; lwowskie).
W marcu 1944 r. między wsią Modryń a kol. Sahryń pow. Hrubieszów znaleziono zwłoki nagiej 14-letniej dziewczynki polskiej, wbitej na pal, pochodzącej z Sahrynia (Jastrzębski…, s. 115, lubelskie).
We wsi Perehińsko pow. Dolina uprowadzili do bunkra 25-letnią Eugenię Czanerlę i jej przyrodnią siostrę 19-letnią Józefę Raczyńską. Tam je trzymali przez kilka dni i gwałcili, a następnie zamordowali.
„Pewnego dnia do Alojzego Czanerle przyjechał znajomy Ukrainiec z Perehińska, który powiedział, że Eugenia Czanerle z córką Martą i Józefą Raczyńską zostały uprowadzone z domu i trzymane w bunkrze, tam gwałcone i grozi im śmierć.
Ta wiadomość się sprawdziła, obie kobiety z dzieckiem nigdy do domu nie powróciły. Zostały zamordowane” (Maria Bolesława Gurska.; w; Siekierka…, s. 60 – 61 oraz podpis pod fotografią na s. 105; stanisławowskie).

 


oceń
0
0

komentarze (0) | dodaj komentarz

genocidum atrox - ludobójstwo okrutne ....czyli o ukraińskich riezanach

piątek, 15 lipca 2016 0:30

Kolejna rocznica rzezi wołyńskiej. Rzezi, którą zgotowali nam sąsiedzi - Ukraińcy, których teraz bronimy i o których wolność i niezawisłość od Rosji wstawiamy się w Unii Europejskiej.

Czy ludzie mogą zmienić się aż tak ?! Jakie mamy gwarancje, że kiedy Ukraina poczuje się silna to nie powtórzy się historia sprzed lat ?.

Czy to zwyrodnienie i niewyobrażalne okrucieństwo to nie cechy tego dzikiego narodu ? Przecież Ukraińcy już upominają się o niby swoje ziemie zabrane przez nas ?! Cały Holokaust urządzony przez Niemców jest mi łatwiej pojąć niż te potworne zbrodnie popełniane przez sąsiadów i współmieszkańców wołyńskich wiosek, kiedy sąsiad, który kika dni wcześniej pił z polskim sąsiadem wódkę - łapie za siekierę i zarąbuje ludzi, którzy mu ufali. Mało tego, pastwi się nad nimi w sposób nieprawdopodobny.

Boję się, boję ...i nie ufam im jak psom ...bo przecież imionami oprawców ciągle nazywają swoje ulice, stawiają im pomniki, gloryfikują UPA...

A my radośnie ich wspieramy, wpuszczamy do Polski, dajemy pracę. Pracują w naszych domach, na budowach, w gospodarstwach....

Pewnie nie powinnam tego pisać, ale kiedy patrzę na ukraińskich pracowników, gosposie, opiekunki ...to rośnie we mnie wielki lęk i pojawia się pytanie, czy kiedy znów szaleństwo ogarnie świat - nie złapią ci nasi pracownicy za siekiery i pójdą riezać swoich pracodawców i sąsiadów ?!

.............................. Bardzo przeżywam tę tragiczną rocznicę - smutno mi i kiedy czytam opisy tych okrutnych , zwyrodniałych mordów to tracę wiarę w człowieka, w dobro, miłość i piękno ...i myślę coraz częściej, że nie chcę takiego świata ...i że nie warto na nim żyć ...

 

18 +

We wrześniu 2009 roku Rada Bezpieczeństwa ONZ przyjęła rezolucję, która stwierdziła, że gwałt może być ścigany jako zbrodnia wojenna, a nawet jako czyn mieszczący się w definicji ludobójstwa. Od tego czasu w polskich mediach pojawiło się kilka publikacji dotyczących gwałtów dokonanych przez Niemców na Polkach, oraz kilkanaście publikacji dotyczących gwałtów dokonanych przez Sowietów na Niemkach, Polkach i Węgierkach.

https://www.youtube.com/watch?v=KOe0A2DrITk

ScreenHunter_2293 Jun. 02 11.02ZBRODNIE WERMACHTU

=================

UWAGA!

DRASTYCZNE ZDJECIA

ScreenHunter_2295 Jun. 02 11.06

===========================

ScreenHunter_2294 Jun. 02 11.04http://www.dziennikzachodni.pl/artykul/1026461,obudzone-demony-wojny-seksualna-przemoc-niemcow-nieznane-fakty,id,t.html

http://www.dziennikzachodni.pl/artykul/1022401,seksualne-zbrodnie-niemcow-na-slasku-drastyczne-zdjecia,id,t.html

http://www.dziennikzachodni.pl/tag/niemcy-gwalcili-polki.html?cookie=1#!

===========================

W artykule „Rosjanie, gwałty kobiet i milczenie salonu” (www.niezależna.pl20.10.2013) napisano:
„Sowieci gwałcili kilkuletnie dziewczynki i siedemdziesięcioparoletnie babcie. Być może była to forma nagrody (!) dla fatalnie odżywionego żołnierza, ale też może i metoda zastraszenia miejscowej społeczności. Brytyjscy historycy podają konkretne dane:
100 tysięcy zgwałconych Polek, 2 miliony zgwałconych Niemek”. Fruzsina Skrabski w rozmowie z Piotrem Włoczykiem („Sowieckie gwałty na Węgierkach”, w: Historia „Do Rzeczy” z marca 2014) oceniła, że ofiarami gwałtów mogło być nawet 800 tysięcy Węgierek.
http://www.radiownet.pl/publikacje/niemieckie-gwalty-na-polkach

===========================

Sowieckie gwałty na Polkach

Szał gwałtów sowieckich

http://historiami.pl/szal-gwaltow-sowieckich/

http://forum.gazeta.pl/forum/w,50,97350288,,Wszystkie_Polki_sa_nasze_mowili_roscy_zolnierze.html?v=2

http://www.historycy.org/index.php?showforum=32

===============================

Do tej pory nikt jednak nie podniósł tematu gwałtów dokonanych przez Ukraińców na Polkach w latach 1939 – 1948.

A były one masowe, przerażające w swoim okrucieństwie i kończyły się niemal w każdym przypadku śmiercią ofiary.
Często torturowane i gwałcone były wszystkie kobiety polskie w napadniętym domu, zarówno 6-letnie wnuczki, ich matki jak i ponad 60-letnie babcie. Podczas napadu na wieś były to gwałty publiczne, dokonywane w miejscu, w którym ofiarę dopadnięto. Towarzyszyło im barbarzyńskie okaleczanie ofiar.
Już 12 września 1939 roku we wsi Smerdyń pow. Łuck, uzbrojona grupa Ukraińców w pobliskim lesie dokonała zbiorowego gwałtu na 9 kobietach w wieku 20 – 35 lat oraz 2 dziewczynkach w wieku 11 – 13 lat, a następnie je zamordowała (poza nimi zamordowali wówczas małżeństwo staruszków w wieku po ok. 80 lat, 5 chłopców w wieku 10 – 14 lat oraz 4 dzieci w wielu przedszkolnym (Siemaszko…, s. 654).
17 września w lasach Nadleśnictwa Karpiłówka pow. Sarny banda chłopów ukraińskich napadła na gajówkę: postrzelili gajowego Józefa Kałamarza, przywiązali do ławy i przerżnęli w poprzek brzucha; jego żonę Otylię zawlekli do stodoły, gdzie ją zbiorowo zgwałcili i zamordowali; podpalili gajówkę i w ogień wrzucili ich trójkę małych dzieci (Siemaszko…, s. 809).
Nocą z 18 na 19 września we wsi Szumlany pow. Podhajce: „W liście wysłanym 17 grudnia 1941 r. przez polskiego rządcę z dworu w Szumlanach Jana Serafina do Polskiego Komitetu Pomocy w Brzeżanach, pisał on:
„We wrześniu 1939 r. Ukraińcy zamordowali w Sławentynie miejscową nauczycielkę p. Zdebową, z domu Małaczyńską.
Mordowali ją w sposób wyrafinowany. Egzekucja trwała w mieszkaniu nauczycielki od zmroku do świtu. Powodem mordu był fakt, że Zdebowa była Polką” („Antypolska akcja nacjonalistów ukraińskich w Małopolsce Wschodniej w świetle dokumentów Rady Głównej Opiekuńczej 1943 – 1944”, wstęp i opracowanie L. Kulińska i A. Roliński, Kraków 2003, s. 12 – 14).
Kilku Ukraińców przez całą noc morduje „w sposób wyrafinowany” bezbronną kobietę, polską nauczycielkę. Trudno przypuszczać, aby ten „wyrafinowany sposób” nie składał się głównie ze zbiorowego gwałcenia ofiary.
Są setki relacji świadków, którzy w przypadkach torturowanych i zabijanych polskich dziewcząt używają sformułowań typu:
„zamordowana po okrutnych torturach”, „zamęczona na śmierć”. Zwłoki dziewcząt i kobiet były często tak zmasakrowane, że tylko można było domyślać się, iż wcześniej były gwałcone.
Zbrodniarze ukraińscy najczęściej, zanim uśmiercili ofiarę, stosowali wobec niej kilku wymyślnych sposobów tortur. Świadkowie często pomijali masowość dokonywanych gwałtów na dziewczętach i kobietach, ze względu na cześć ofiar. Nie jest tak łatwo ujawniać, że matka, żona, siostra czy córka były w potworny sposób zbiorowo gwałcone przed zamordowaniem.
Bezkarność, przyzwolenie, a nawet wręcz zachęta, pozwalały wyzwalać każdą formę zboczenia, w tym pedofilię. Trudno jest chociażby stwierdzić, czy dzieci nasadzone na kołki w płocie były wcześniej gwałcone.
Franciszek Sikorski w książce „Iwa zielona” na s. 123 wspomina: „/…/ czterdziestego drugiego roku /…/ zobaczyłem w Kadłubiskach pomordowanych Polaków w jeszcze bardziej bestialski sposób /…/, na przykład, kobiecie w ciąży rozpruto brzuch i nie narodzone jeszcze bliźniaki ułożono jedno przy jednej piersi matki, drugie – przy drugiej; siedmioletniej dziewczynce wepchnięto do pochwy odwrotną stroną sosnową szyszkę”.
Rzeź wsi Parośli pow. Sarny z 9 lutego 1943 r. uznana została przez historyków za początek ludobójczego szlaku OUN-UPA.
Antoni Przybysz w książce „Wspomnienia z umęczonego Wołynia” na s. 62 pisze: „W południe Ukraińcy przyprowadzili do domu Bronisława Stągowskiego z sąsiednich domów kilka panienek i młodych mężatek i urządzili zabawę.
Jeden z bandytów grał na harmonii, a pozostali – trzydziestu mężczyzn tańczyli na zmianę z tymi kobietami. Wszyscy byli pijani i wobec panienek i mężatek zachowywali się brutalnie i wyrażali się wulgarnie. O godzinie czternastej wyprowadzili z domu starszych ludzi i dokonali zbiorowego gwałtu na kobietach.
Kobietom opierającym się przykładali noże do gardeł, względnie lufy karabinów lub naganów do głów i w ten sposób zmuszali je do uległości”.
Od 1943 roku coraz częściej ofiarą padały uprowadzane z domów młode dziewczęta, z których większość zaginęła bez śladu. Ciała tych odnalezionych były zmasakrowane, zwykle miały obcięte piersi, wyłupane oczy i rozprute brzuchy od narządów rodnych aż po szyję.
25 lutego 1943 roku we wsi Skurcze pow. Łuck upowcy zamordowali 25-letnią Zofię Szpaczek. W lutym 1943 roku we wsi Białokrynica pow. Krzemieniec 23-letnią Polkę Annę Monastyrską, 13 marca w osadzie Chrobrów pow. Łuck 23-letnią Janinę Hetmańczuk.
Polskie dziewczęta były mordowane m.in. w kol. Grobelki pow. Łuck, w kol. Gruszwica pow. Łuck, w osadzie wojskowej Hallerówka pow. Równe, w kol. Lubomirka Stara pow. Równe (lat 20 – 25, zamordowana przez Ukraińców z Kamiennej Góry), w kol. Łamane pow. Łuck, w kol. Kopytów pow. Równe.
16 marca 1943 roku we wsi Rudniki pow. Łuck zamordowany został leśniczy z 19-letnią córką, w majątku Charłupy 18-letnia dziewczyna.
Od marca 1943 r. z powierzchni ziemi zaczęły znikać całe polskie wioski, których ludność zostawała wymordowana, dobytek rozgrabiony zarówno przez banderowców, jak i okoliczną ludność ukraińską, która najczęściej brała udział w zbrodni.
Po relacjach cudem ocalałych świadków można tylko domyślać się niebywałej tragedii, dramatu torturowanych rodzin i ogromu cierpienia ofiar. Istotą tego ludobójstwa było okrucieństwo sprawców i ból bestialsko torturowanych ofiar.
Podczas wyrzynania polskiej ludności prawie w każdej miejscowości zarówno na Wołyniu jak i w Małopolsce Wschodniej dochodziło do zbiorowych gwałtów na dziewczynkach i kobietach polskich, niezależnie od wieku.
Zbrodni dokonywali zarówno „partyzanci ukraińscy” z UPA i Służby Bezpieki OUN, jak też ukraińscy chłopi z tej samej wsi i wiosek sąsiednich. Na ponad dwieście tysięcy zamordowanych mamy około dwudziestu tysięcy dokładnych relacji opisujących sposoby torturowania i uśmiercania ofiary z podaniem jej nazwiska.
Do tych wspomnień często nie chcą wracać ci, którym udało się przeżyć. Jest to wciąż dla nich ogromnym traumatycznym przeżyciem. Trudno zresztą relacjonować oglądane z ukrycia i przy pełnej bezradności okaleczanie, gwałcenie i uśmiercanie swojej matki, żony, siostry czy córki. Jest to zrozumiałe, ale daje przewagę mordercom oraz ich poplecznikom, którzy chcą zrobić z kata ofiarę a z sadystycznych zbrodniarzy bohaterów narodowych.
22 kwietnia 1943 r. (Wielki Czwartek) we wsi Dźwinogród pow. Borszczów banderowcy uprowadzili do młyna 3-osobową rodzinę polską Sypnickich.
„Tam na oczach rodziców oprawcy zgwałcili ich 17-letnią córkę Janinę, a następnie całą trójkę zamordowali” (Komański…, s. 35). W Wielki Piątek 23 kwietnia. w kol. Augustów pow. Horochów zarąbali siekierami rodzinę młynarza liczącą 10 osób.
Zginęli: 55-letni Jan Romanowski, jego 18-letni syn Aleksander, 16-letnia córka Leokadia, 13-letnia córka Aleksandra, 10-letnia córka Krystyna, 8-letnia córka Jadwiga, zamężna 30-letnia córka Anna Dziadura i jej 3-letnia córka Ewa, 80-letnia Anna Romanowska (matka Jana) oraz 17-letnia kuzynka Feliksa Kicuń; „córki młynarza przed zamordowaniem były zgwałcone”.
Żona młynarza, z pochodzenia Niemka, z ukrycia obserwowała rzeź całej rodziny i rozpoznała 2 zabójców, a po spaleniu młyna uciekła do Włodzimierza Wołyńskiego (Siemaszko…, s. 149).
W kwietniu 1943r. pomiędzy wsią Podłużne a osadą Janowa Dolina pow. Kostopol Ukraińcy zamordowali 10-letniego Tadeusza Gołębiowskiego, którego udusili drutem oraz 18-letnią Zofię Bartosiewicz, którą zgwałcili i obcięli jej piersi (Siemaszko…, s. 322).
Na drodze do Łucka zamordowali 48-letniego inż. Władysława Krzanowskiego z 26-letnią córką Janiną Krzanowską, nauczycielką, którą przed śmiercią zgwałcili; ciała ofiar wrzucili do studni.
W kolonii Teresin pow. Włodzimierz Wołyński w marcu lub kwietniu 1943 r.: „Ukraińcy weszli do domu Brzezickich i na oczach Jana zgwałcili jego żonę!
Potem ich powiązali i zabrali ze sobą na wóz. W tym samym czasie, Ukraińcy z tej samej grupy, zabrali także ze sobą Antoniego Bojko oraz jego żonę Jadwigę. Od tej chwili, wszelki słuch po nich zaginął, jestem prawie pewien, że zostali wtedy nieludzko zamordowani. /…/
Tymczasem niedługo później Ukraińcy z Lasu Świnarzyńskiego, znów przyjechali do naszej wsi i tym razem zajechali na podwórko rodziny Kukułka. Gospodarz miał na imię chyba Stanisław lat około 45, który miał żonę lat około 42 oraz jednego syna Antoniego lat około 18 i jedną córkę, chyba miała na imię Zosia, lat około 23.
Po odjeździe banderowców, po naszej kolonii rozpoczęto sobie opowiadać, co stało się z rodziną Kukułków. Ludzie mówili tak:
„Banderowcy weszli do domu rodziny Kukułka, zgwałcili Zosię, a potem wszystkich zabrali ze sobą do lasu. Od tej pory wszelki słuch po nich zaginął. Pewnie ich w lesie bandziory pomordowali.” (Eugeniusz Świstowski; w:http://www.stankiewicze.com/ludobojstwo.pl (link is external) wspomnienia spisane przez Sławomira Rocha).
„Około 12 V 1943 r. sotnia bulbowców otoczyła zamieszkaną przez Polaków kolonię Wielka Hłusza, leżącą około 25 km na północ od Kamienia Koszyrskiego.
Mieszkańców, w liczbie 15 osób dorosłych i kilkoro dzieci, zgromadzono w zabudowaniach Pileckiego i Łukaszewicza, po czym w obecności sterroryzowanych mężczyzn zgwałcono wszystkie niewiasty, a następnie wszystkim nie wyłączając dzieci, wyłupano oczy, obcięto języki, kobietom piersi, a mężczyznom genitalia, po czym zabudowania wraz ze znajdującymi się w środku okaleczonymi spalono” (Janusz Niewolański: „W poszukiwaniu zagubionych „Żurawi Ibykusa”; w: Kresowy Serwis Informacyjny nr 7 / 2013).
Nocą z 14 na 15 maja we wsi Kundziwoda pow. Dubno upowcy oraz Ukraińcy z sąsiednich wsi obrabowali i spalili większość polskich zagród oraz zamordowali co najmniej 15 Polaków, w tym 60-letnią wdowę Samoszyńską i jej dwie córki lat 21 i 22 po wielokrotnym zgwałceniu (Siemaszko…, s. 56).
W maju 1943 r. w kol. Stryłki pow. Równe upowcy w nocy dokonali rzezi ludności polskiej. „Ofiary były mordowane w bestialski sposób: mężczyźni mieli odcięte genitalia, kobietom powpychano między wnętrzności butelki i kamienie, odcinano palce, języki, nosy, wbijano kołki w szyje i głowy” (Siemaszko…, s. 726).
2 czerwca we wsi Hurby pow. Zdołbunów upowcy oraz chłopi ukraińscy z sąsiednich wsi otoczyli wieś i ze szczególnym okrucieństwem dokonali rzezi około 250 Polaków.
„Na 3 dzień (5 czerwca 1943 r.) po dokonaniu morderstwa przez Ukraińców byłem w tej wsi. /…/ Doszliśmy na miejsce: widok okropny, wieś częściowo spalona, bardzo dużo pomordowanych w najokropniejszy sposób, kobiety w pozycjach, które wskazywały, że gwałcono je przed zamordowaniem.
/…/ Nie wszystko widziałem – wieś była rozległa, nie udało się wszystkich przykryć ziemią, brak było łopat, wszystko zrabowane” (Jan Filarowski; w: Siemaszko….., s. 1243).

 

cd ...w nastepnym wpisie.

 


oceń
0
0

komentarze (0) | dodaj komentarz

Jubileusz Janusza Jutrzenki-Trzebiatowskiego w warszawskiej Cytadeli

środa, 13 lipca 2016 13:19

 

W sobotę miałam niezwykłą przyjemność uczestniczyć w jubileuszu wielce zasłużonego artysty Janusza Jutrzenki-Trzebiatowskiego.

Można by go nazwać impulsionistą, bo realizuje się w wielu formach twórczości - od literackiej, która wiąże Jubilata ze Związkiem Literatów Polskich do plastycznej, która uświęcona dyplomem i niezliczoną ilością wystaw zarówno w Polsce jak i na świecie stawia go w jednym rzędzie z największymi .

Jubileusz, pomimo że artysta mieszka w Krakowie świętowany był w Warszawie, która była ważnym miastem w życiu artysty. Impreza rozpoczęła się w samo południe, pogoda dopisała. Było uroczyście, było miło .

Z przyjemnością obejrzałam piękne pastele Janusza Jutrzenki-Trzebiatowskiego, oraz film o jego wyjątkowej artystycznej wrażliwości.

Jubilatowi towarzyszyła małżonka - Prezes Oddziału Krakowskiego ZLP - a moja koleżanka z Zarządu Głównego - Joanna Krupińska-Trzebiatowska. ( Redaktor naczelny Pisma Artystyczno-Literackiego HYBRYDA w: Hybryda Pismo Artystyczno-Literackie Prezes Zarządu w: Stowarzyszenie Twórcze Polart )

 
  1.  
     
     
    Zdjęcie użytkownika Joanna Krupińska-Trzebiatowska.
    „Fot.:@[100000871882954:2048:Andrzej M. Makuch]”
     
     
     
     

Niezwykle uzdolniony " Klan  Jutrzenka-Trzebiatowskich" uzupełnia także młoda pianistka - córka Joanny i Janusza - Izabella...No, cóż ...tylko brać przykład z takiej rodziny !

 

 A teraz trochę więcej o Jubilacie :::.......................................................................................................................

 

Janusz Jutrzenka Trzebiatowski

 
 
 
Janusz Trzebiatowski w Galeria Muzeum Janusza Trzebiatowskiego, 11 grudnia 2014

,(ur. 9 lipca 1936 w Chojnicach) – polski rzeźbiarz, malarz, scenograf, poeta.  

Urodzony w Chojnicach żyje i tworzy w Krakowie. Jego twórczość to malarstwo, rzeźba, plakat, medalierstwo, architektura i scenografia oraz twórczość poetycka. Odznaczony Krzyżem Kawalerskim i Krzyżem Oficerskim Orderu Odrodzenia Polski, Złotym Laurem za Mistrzostwo w Sztuce i wieloma innymi odznaczeniami i wyróżnieniami. Jest członkiem Assocation Internationale des Arts Plastiques AIAP[], Federation Internationale De La Medaille FIDEM[1], Polish Pastel Society of America[1], Stowarzyszenia Twórczego POLART[2], Stowarzyszenia Pastelistów Polskich[3], Związku Polskich Artystów Plastyków[1], Związku Literatów Polskich[1], Stowarzyszenia Artystyczno-Literackiego[1] i wielu innych. Swoje prace wystawia za granicą w: Anglii, Armenii, Austrii[4], Belgii, Bułgarii, Chinach[5], Czechach, Danii, Estonii, Finlandii, Francji, Hiszpanii, Holandii, Indiach, Irlandii, Izraelu, Japonii, Kanadzie, na Kubie, w Luksemburgu, Meksyku, Niemczech, Norwegii, Polsce, Rosji, Serbii, Słowacji, Stanach Zjednoczonych Ameryki Północnej, Syrii, Szwajcarii, Szwecji, Ukrainie, na Węgrzech[6], we Włoszech.

 

 

Janusz Trzebiatowski wydał 12 tomików poezji:

  • Poezje, posłowie Stanisław Franczak, Oficyna Wydawnicza KKAL, Kraków 1993
  • Przyjaciółko moja, posłowie Maciej Naglicki, Oficyna Wyd. Agat-Print, Kraków 1994
  • Ogrody sztuki, posłowie Michał Ciechański, Oficyna Wyd. KKAL, Kraków 1996
  • Przestrzenie miłości, posłowie Michał Siemaszko, Oficyna Wyd. KKAL, Kraków 1997
  • Fotografie pamięci, wstęp Piotr Augustynek, Wyd. ST POLART, Kraków 1999
  • Ona, wstęp Bolesław Faron, Kraków 2001, Wyd. J. T. Chełm – Kraków 2003
  • Pomiędzy, wstęp Jan Pieszczachowicz, Oficyna Wyd. Agat-Print, Kraków 2004
  • Zapiski, wstęp Jan Pieszczachowicz, Wydawnictwo ST POLART, Kraków 2005
  • Dotyk, Wydawnictwo Stowarzyszenia Twórczego POLART Kraków 2007
  • Pieta, wstęp Stanisław Dziedzic, Wyd. Towarzystwa Słowaków w Polsce 2010
  • Krawędzie, wstęp Stanisław Dziedzic, Jan Pieszczachowicz, Bolesław Faron, wyd. TSP Kraków - Chojnice 2013
  • Dyskurs, wyd. Galeria Muzeum Janusza Trzebiatowskiego w Chojnicach - Chojnice 2014

 


oceń
0
0

komentarze (0) | dodaj komentarz

Nie chcieć zbyt wiele ....cd

środa, 13 lipca 2016 10:08

Zdarzało się w moich wczesnych latach. Nie ma się czym chwalić.

A jest się czego wstydzić?
Pewnie jest. Bo to oznacza, że tracę panowanie nad mymi odruchami. To mi jednak przeszkadza. Ale samo picie - nie. Widzi pan, okazuje się, że nawet w tak banalnej sprawie nasze życie jest nieprzerwanym ciągiem zgniłych kompromisów. Kompromisów między tym, co teoretycznie uznaję za dobre, a tym, co jednak lubię, chociaż dobre nie jest. Tu zdaje się wracamy do najbanalniejszego stwierdzenia, że nikt nie jest doskonały.

I nie ma być doskonały?
Jeśli ktoś chce być doskonały, nie można mu tego zabraniać, chociaż takie pragnienie przeważnie czyni nas nieznośnymi. Kto marzy o doskonałości, zazwyczaj poucza, poprawia, daje lekcje innym i wszyscy od niego uciekają. Nie jest dobrze być nieustannym poprawiaczem i nauczycielem. To jest bardzo zły sposób na życie. Trzeba więc chyba iść na kompromisy ze sobą i światem. Owszem, robię i toleruję wokół różne rzeczy, które mi się nie podobają, może staram się je ograniczać, ale rozumiem, że dobra ważne w życiu często się kłócą ze sobą. W istocie na tym skłóceniu kłopot życia polega. Dlatego nie ma żadnej niezawodnej hierarchii wartości. Gdybym wierzył, że jest taka hierarchia, to dążyłbym do uznania jakiejś wartości za absolut i unieszczęśliwiałbym innych, a także i siebie, chociaż może udałoby mi się tego nie zauważać.

Czy ja dobrze rozumiem, że gdybym teraz znów pana zapytał: Co jest ważne w życiu, tobym usłyszał, że najważniejszy jest zapewne rozsądny kompromis?
Można tak powiedzieć, ale nie musimy robić z tego doktryny. To jest wartość, którą praktykujemy, ale której nie musimy nazywać kompromisem. Wystarczy zrozumieć, że zmniejszamy ryzyko unieszczęśliwienia, jeżeli godzimy się na miernotę życia.

Na co?
Na miernotę. Jeżeli godzę się na to, że nie będę ani papieżem, ani Gretą Garbo, jeżeli wiem, że nie jestem i nie mam być doskonały, jeżeli nie wymagam od siebie zbyt wiele, cieszę się drobiazgami, jestem pogodzony z drobnymi grzeszkami i jeżeli zgoda na takie życie mnie nie unieszczęśliwia, to wszystkim jest lepiej.

Przez miernotę do dobrego życia? Taka jest pana rada?
Może coś takiego. Ale ja nie chcę nikomu doradzać. Mówię tylko, co mi się zdaje pożyteczne.

Zapewne, jeżeli ta świadomość ma nas nie unieszczęśliwić, to najpierw trzeba się dowiedzieć, że właśnie tak jest lepiej. Więc być może stawiając taką tezę iluś ludziom otwiera pan drogę do dobrego życia.
Kiedy to nie ma z doktryny wypływać, tylko ze sposobu odczuwania świata. Świat nie jest od tego, żeby nas karmił szczęściem i upojeniem. Świat nie jest czymś, czego możemy użyć, aby zdobyć szczęście. Nie ma czegoś takiego jak szczęście. Dajmy sobie spokój z tego rodzaju poszukiwaniami. Cieszmy się miernotą w miarę możliwości unikając cierpień, chociaż całkiem ich uniknąć nie można.

Podobałby się panu świat takich much bez skrzydeł?
A zna pan jakiś lepszy? Może to nie jest program olśniewający. Ani jest szczególnie pociągający teoretycznie. Ani wysoko mierzący. Nie! To jest program skromny, ale wykonalny... I pewnie tak jest lepiej... Żeby mieć poczucie, że jest lepiej, kiedy spotykają nas nieszczęścia, trzeba specjalnego charakteru albo specjalnego przejęcia się jakimiś doktrynami. Mało kto jest do tego zdolny... Tak już jest... Wolno nam oczywiście, i może jest to nawet pożyteczne, wierzyć - jak Leibniz - że żyjemy w najlepszym z możliwych światów. Wolno nam w to uwierzyć. Ale Leibniz wiedział, że tę wiarę musimy przyjąć a priori, bo Bóg musiał stworzyć najlepszy z możliwych światów. Nie mógł stworzyć świata, w którym w ogóle nie byłoby cierpień ani zła. Bo to nie jest logicznie możliwe. Albo - musielibyśmy być bezmyślnymi automatami, bez uczuć, bez zmysłu twórczego, niezdolnymi do korzystania z wolności. Więc zło, ból, cierpienie są ceną za to, że jesteśmy sobą. Ale to nie znaczy, że kiedy boli nas ząb, możemy się odwołać do rachuby Leibniza i mówić sobie: „To dobrze, że boli, bo w boskim planie ogólnym dzięki temu bólowi świat może być lepszy". Teoretycznie to nas może przekonać, ale bólu zęba takie przekonanie przecież nie usunie.

A, panie profesorze, pieniądze? Pan ostatnio przeżył coś, co niewielu ludziom w realnym świecie się zdarza. Co milion dolarów spadający na głowę robi z filozofem?
Nic szczególnego nie robi. To nie jest żaden przełom w życiu. To nie znaczy, że ja jestem stoikiem, któremu wszystko co materialne jest kompletnie obce. Nic nie jest mi obce. Nieźle jest dostać milion. Ale dla mnie to już jest za późno, żeby zmienić życie, Rolls-Royce'a sobie nie kupię (to by była połowa mojej nagrody), nie stanę się playboyem.

A nie pomyślał pan sobie, że jednak na tym świecie jest jakaś ukryta, przekorna moc sprawiedliwości. Bo masa ludzi całe życie uganiała się za pieniędzmi i mało kto doszedł do takiej fortuny, a pan nie uganiając się, żyjąc jednak trochę jak stoik, nagle stał się bogaczem. Może jednak jest sprawiedliwość na świecie?
Nie ma! Świat, panie Jacku, nie jest sprawiedliwy. Żadnej sprawiedliwości nie ma. Sprawiedliwość to według Arystotelesa dawanie każdemu tego, co mu się należy. A my przecież nie wiemy, co się komu należy. Nikomu się nie należy, żeby wygrać milion. Nie ma sprawiedliwości w wyrokach losu. A jeżeli jest, to jest to zrządzenie Boskie, które nie ma niczego wspólnego ze sprawiedliwością w naszym rozumieniu. Bo Boska kalkulacja jest zupełnie inna. Jeżeli jakiś Boski zamysł istnieje, to jest on nam niedostępny. I trzeba się z tym pogodzić.

A gdyby jednak miał pan wybrać jedno dobro najważniejsze w życiu, to co by pan powiedział?
Najchętniej bym milczał. Ale gdyby mi pan zaczął wyrywać paznokcie albo gdyby mnie pan solidnie przypiekał, to pewnie - nie robiąc z tego żadnej sztywnej doktryny - powiedziałbym, że wśród dóbr ważnych w życiu na pierwszym miejscu jest przyjaźń. Bo w każdym ludzkim życiu jest tyle nieszczęścia, bólu, cierpienia, załamań, niepowodzeń, że bardzo trudno zmagać się z nimi samemu. Nikt nie może uniknąć w życiu niepowodzeń! Zawiedzionych ambicji, aspiracji, marzeń, cierpień zawinionych lub niezawinionych. Cierpienie właściwie wciąż nam towarzyszy. Jest o cierpieniu sławne zdanie Epikura: „Męczarnia nie do zniesienia jest krótka, a męczarnia długa jest do zniesienia". Więc te cierpienia, które wciąż nam towarzyszą, są do zniesienia. Ale są. I musimy je znosić. A to nam przychodzi łatwiej, kiedy mamy przyjaciół.

Bo nam mogą pomóc?
Bo kiedy wiemy, że inni są z nami, jesteśmy bardziej odporni na zło tego świata. Widzimy, że są ludzie, dla których nasze niepowodzenia, cierpienia są też ich niepowodzeniami i ich cierpieniami, więc czujemy się lepiej, mamy więcej siły i odwagi. To nas pociesza i umacnia również z tego powodu, że kiedy zrobimy coś złego - a to każdemu się zdarza - przyjaciele jednak nie stracą do nas zaufania i wciąż będziemy w nich mieli oparcie. My także nie tracimy do nich zaufania, nie zawieszamy przyjaźni wiedząc przecież, że są niedoskonali. Bo w odróżnieniu od miłości, przyjaźń nie idealizuje. Jeżeli jest coś takiego jak dobre ludzkie życie, to jest to chyba właśnie życie wśród przyjaciół, którzy się wspomagają. Potrzebujemy do życia osób, na które możemy bez zastrzeżeń liczyć i którym możemy ufać, o których wiemy, że nas nie oszukają, nie zdradzą, pomogą w potrzebie i że my powinniśmy im pomagać, służyć w biedach, które przecież każdego spotykają i które bez przyjaciół bardzo trudno jest przetrwać. Co więcej - przyjaźń to jest dobro, które w bardzo dużym stopniu zależy od nas. Możemy je sami własnym wysiłkiem utkać. Bo przyjaźń to więź zaufania, którą każdy z nas może wokół siebie budować. A zaufanie pomaga. Nie tylko takie szczególne zaufanie, jakie łączy przyjaciół. Oczywiście nie możemy mieć pełnego zaufania do wszystkich. To jasne. Ale warto mieć presumpcję dodatnią, kiedy kogoś po raz pierwszy widzimy.

  •      

    Czyli ufać obcemu na kredyt?
    Raczej ufać z zasady. Bo bardzo niedobrze jest żyć w stałym przekonaniu, że każdy mnie może oszukać, wykiwać, wyzyskać i muszę bezustannie mieć się na baczności. Smutno jest spędzać życie wciąż nieufnie rozglądając się wokół. Przyjemniej jest być ufnym.

    To brzmi dość naiwnie, a może i niebezpiecznie.
    Może. Ale tak jest lepiej. Pewnie, że nie raz się rozczarujemy, ale lepiej jest czasem zostać oszukanym, niż spędzić życie w ciągłej nieufności. A poza tym nasze zaufanie czyni innych lepszymi. I nas też czyni lepszymi.

    Ale przyjaźń to nie jest tylko zaufanie. Pan wierzy w przyjaźń poza interesami?
    Oczywiście. Najłatwiej jest się prawdziwie zaprzyjaźnić z ludźmi, z którymi nie łączą nas żadne interesy.

    Każdy by chciał mieć przyjaciół takich, na których może liczyć w najczarniejszej godzinie, ale mało kto jest pewien, że ich ma naprawdę. Skąd wziąć takich przyjaciół?
    Prawdę mówiąc to chyba jest kwestia przypadku. Całe życie jest nieustannym ciągiem nieprzewidywalnych przypadków. Tak musi być i tak zapewne jest dobrze. Wielu rzeczy nawet nie trzeba próbować zrozumieć. Jest pewnie jakaś łączność duchowa, która powoduje, że z kimś się zaprzyjaźniamy, a z wieloma innymi to się nigdy nie uda, żebyśmy nie wiem jak często się z nimi spotykali. Trudno powiedzieć, dlaczego tak się dzieje, ale każdy potrafi przecież z grubsza powiedzieć, z kim się zaprzyjaźnić nie może. Ja na przykład nie mógłbym się przyjaźnić z ludźmi, których pożera żądza uczestniczenia we władzy. Nie dlatego, żebym ich źle oceniał. Nie oceniam. Mogę ich nawet polubić, spotykać się z nimi, rozmawiać. Ale się nie zaprzyjaźnię. Bo nie czuję bliskości. To chyba jest dość banalne.

    Tak i nie. Bo jednak czuję coś niezwykłego, gdy słyszę od pana - z perspektywy całego pańskiego życia - że najważniejsi są właśnie przyjaciele. Czy panu się w życiu ta zasada pierwszeństwa przyjaźni sprawdziła?
    Pewno nie raz. Ale nie potrafię podać konkretnego przykładu.

    Miał pan przecież w życiu wzloty i upadki. Choćby kiedy wyjechał pan z Polski, to łatwo nie było. Sprawdzali się wtedy przyjaciele? Pomogli?
    Pewnie, że pomagali. Ale jak teraz zacznę o tym opowiadać, to będę musiał mówić, jak bywało trudno. A nie chcę się skarżyć. Próbujmy raczej nie skarżyć się na życie. Jeżeli możemy, to trzymajmy się dzielnie. Nie krzyczmy, jaki świat bywa dla nas niedobry. Bo urągając na niegodziwość świata, częściej wystawiamy się na pośmiewisko, niż doznajemy pomocy.

    A przyjaciele się wtedy nie objawiają?
    Objawiają się, jeżeli samemu jest się gotowym na przyjaźń. Bo przecież są też ludzie, którzy się boją przyjaźni, którym się wydaje, że mieć przyjaciół, to narażać siebie na życiowe wydatki, wysiłki, niewygody, bez których można się obejść. Tacy ludzie sami się unieszczęśliwiają. I trudno. Pewnie nie można im pomóc. A na przyjaciołach oszczędzać nie warto. Mało który wydatek tak bardzo się opłaca.

    Czy w istocie przyjaciele dlatego są najważniejsi, że przyjaźń to strefa wyłączona z ogólnych zasad międzyludzkich relacji? Bez rywalizacji, bez racjonalności, bez oceniania, szeregowania, interesowności.
    Nie wiem, czy można prosto powiedzieć, dlaczego. To jest po prostu wzajemny stosunek ludzi, którzy sobie całkowicie ufają. Nie uważają, że ten drugi ma być bezgrzeszny i doskonały, ale sobie naprawdę ufają. Przyjacielowi można się zwierzyć, jeśli nam tego potrzeba, przekazać obserwacje, poradzić się bez obawy śmieszności. Z przyjaciółmi czujemy się zupełnie bezpieczni. Nie ma w życiu niczego ważniejszego. Przyjaciel to człowiek, na którego możemy liczyć bez względu na wszystko. Przyjaciel nawet nie musi nam wybaczać. Są grzechy czy występki tak okropne, że nawet przyjaźń zepsują. Ale normalne winy jej nie psują. Zepsułyby znajomość, a przyjaźni nie psują.

    A miłość?
    Miłość między kobietą a mężczyzną to jest większy kłopot. Tam też jest poczucie, że nie ma potrzeby wybaczenia. Też wybaczamy, ale w sposób naturalny, spontaniczny. Tłumaczymy, bronimy, a nie oskarżamy. Tak jak wybaczamy sobie.

    Różnica polega na tym, że na siebie jesteśmy w sposób nieunikniony skazani. Z innymi możemy się rozstać, gdy ich nie akceptujemy. To znaczy, że przyjaźń jest jednak strefą wyłączoną z większości ogólnych zasad. Tu nie działa zasada sprawiedliwości. Kiedy na przykład pytają pana o polecenie kogoś do ważnej nagrody albo do dobrej posady, to w pierwszej kolejności zgłosi pan przyjaciela?
    Ogólnej zasady nie ma.

    A są punkty za przyjaźń w takiej sytuacji?
    Oczywiście, że są. Będę ze szczególną życzliwością myślał o przyjacielu. I nie ma w tym nic złego.

    To nie jest nepotyzm? Nie narusza to zasady równości i reguł współżycia?
    Nie jesteśmy - panie Jacku - i nie udawajmy, że możemy być całkowicie bezstronni... Nie jesteśmy. Nie będziemy. I pewnie tak jest dobrze. A w każdym razie lepiej jest to przyjąć do wiadomości, niż się okłamywać. Chcemy, żeby naszym przyjaciołom dobrze się powodziło, chcemy ich wesprzeć, jeśli to w naszej mocy, jesteśmy na ich korzyść stronniczy. I niech tak już będzie.

    Ależ pan teraz wygłasza pochwałę nepotyzmu.
    To jest sprawa miary. Przyjaźń, która jest dobrem, i nepotyzm, który jest złem, dzieli granica miary. Ale to też nie jest żadna ostra granica. I na tym pewnie polega nasze życie. Nie ma ostrych granic. W żadnej najsłuszniejszej sprawie nie warto popadać w fundamentalizm. Unikać rygoryzmu i fundamentalizmu, to znów jest w życiu ważne. Zasady nieugięte, twarde, niepodlegające korekcie, niedające się zmiękczyć - to przeważnie nie są zasady zbyt mądre. Mądre zasady nigdy nie są absolutne. Bo w życiu prawie nigdy nie zdarzają się sytuacje, w których nic się nie liczy oprócz jednej rzeczy. No i niech tak będzie. Nie ma jednoznaczności w świecie. Tak ma być. Tak chyba być musi. I tak chyba jest dobrze. 

    Leszek Kołakowski (1927–2009). Początkowo marksistowski dogmatyk, z czasem stał się czołowym przedstawicielem rewizjonizmu – w 1966 r. został usunięty z PZPR za krytykę politycznych i społecznych realiów PRL. Pozbawiony katedry w marcu 1968 r. wyjechał za granicę, wykładał w USA (m.in. na uniwersytetach Yale i w Berkeley), a od 1970 r. jest członkiem All Souls College na uniwersytecie w Oksfordzie. Do najważniejszych prac Leszka Kołakowskiego – spośród ponad 400 publikacji tłumaczonych na wiele języków – należą „Główne nurty marksizmu”, „Świadomość religijna i więź kościelna”, „Jeśli Boga nie ma...” oraz przypowiastki filozoficzne „Trzynaście bajek z Królestwa Lalonii dla dużych i małych”. W 2003 r. został pierwszym laureatem wartej milion dolarów Nagrody im. Johna Klugego, przyznawanej przez Bibliotekę Kongresu USA za wybitne osiągnięcia w tych dziedzinach nauk, których nie obejmuje Nagroda Nobla.


oceń
0
0

komentarze (0) | dodaj komentarz

Nie chcieć zbyt wiele ... 1 część wywiadu

środa, 13 lipca 2016 10:07
 
Nie przepadam za panem Żakowskim i jego protekcjonalno-kumplowsko-luzackim sposobem prowadzenia rozmów, ale ten wywiad wydaje mi się bardzo ważny ze względu na rozmówcę Prof. Leszka Kołakowskiegodlatego cytuję ...
 
 
 
     
 
Prof. Leszek Kołakowski o tym, co jest ważne w życiu
Niezwykła rozmowa Jacka Żakowskiego z prof. Leszkiem Kołakowskim o tym, jak żyć i co jest w życiu ważne.
Agencja Gazeta
 

Prof. Leszek Kołakowski, filozof, eseista. Był wielkim autorytetem moralnym, który w chaosie współczesności pomagał pogodzić się ze sobą, światem i historią.

Przykazania Leszka Kołakowskiego:
Po pierwsze przyjaciele.

A poza tym:
Chcieć niezbyt wiele.
Wyzwolić się z kultu młodości.
Cieszyć się pięknem.
Nie dbać o sławę.
Wyzbyć się pożądliwości.
Nie mieć pretensji do świata.
Mierzyć siebie swoją własną miarą.
Zrozumieć swój świat.
Nie pouczać.
Iść na kompromisy ze sobą i światem.
Godzić się na miernotę życia.
Nie szukać szczęścia.
Nie wierzyć w sprawiedliwość świata.
Z zasady ufać ludziom.
Nie skarżyć się na życie.
Unikać rygoryzmu i fundamentalizmu.

Jacek Żakowski: – Przychodzi do mędrca czterdziestoparolatek...
Leszek Kołakowski: – Czyli pan niby?

...albo dwudziestoletnia blondynka z nogami po szyję...
To już mniej do pana pasuje.

...więc siada ten ktoś obok mędrca i pyta: "Co jest ważne w życiu?". Co mu mędrzec powie?
A skąd mędrzec ma wiedzieć?

Przeczytał tysiące książek, prawie 77 lat żyje na tym świecie, zdobył sławę mędrca. Kto ma wiedzieć, jak nie on?
Prawie 77 lat? To znaczy, że ja mam być tym mędrcem?

Dlatego tu przyjechałem.
Ale gdybym przyjął tę rolę, to byłoby tak, jakbym sam siebie uznał za mistrza życia. To by nie było dobrze. Muhammad Ali może skakać po ringu krzycząc, że jest najlepszy na świecie. Innym to nie przystoi.

Przyjmijmy, że stoi przed panem człowiek w prawdziwej potrzebie i prosi o pomoc. Może nie wie, co ma z życiem zrobić. A może źle sobie życie układał. Może czuje, że przyszła ostatnia chwila, kiedy może coś zmienić i skoncentrować się na tym, co jest naprawdę ważne. Musi mu pan pomóc.
Udając, że znam jakąś uniwersalną formułę?

A nie zna pan?
Trudna sprawa... Podobno taką formułą może być użyteczność dla innych. Są ludzie - choć bardzo nieliczni - którzy swoje życie traktują jak służbę. Mogą tę służbę pełnić na rozmaitych polach. W medycynie, polityce, nauce, pomocy społecznej, organizacjach międzynarodowych. Podobno spełniają się w życiu, bo mają poczucie jakiegoś szerszego sensu własnego istnienia.

To jest panu bliskie?
Oczywiście. Ale nie wiem, czy tego można się nauczyć ani jak dojść do takiej postawy. A z drugiej strony mamy też mi bliską postawę buddyjską zakładającą, że życie tak czy owak jest wielką masą nieszczęścia. Nic na to nie możemy poradzić. A perspektywa nirwany otworzy się przed nami dopiero, gdy zdołamy wyrzec się wszystkich pragnień, do minimum ograniczając własne oczekiwania. Są tacy, którzy przez samoograniczenie osiągają duchowe wyzwolenie. Ale też nie wiem, czy można polecać to wszystkim.

A pana ciągnie ku szczęściu osiąganemu przez samoograniczenie?
Ja o szczęściu nie mówię, bo nie wiem, co to takiego. I nigdy nie wiedziałem. Ale jest coś dobrego w buddyjskiej czy stoickiej skłonności do ograniczania pragnień w taki sposób, żeby przeciwności losu przyjmować ze spokojem. Nie być przywiązanym do potrzeb, nie wpadać w histerię, kiedy nam się nie udaje to, co byśmy chcieli. Nie chcieć zbyt wiele. Nie sięgać zbyt daleko. Lepiej mniej chcieć i mniej się rozczarowywać. Na przykład: jestem piękną, powabną, utalentowaną blondynką. Jadę do Hollywood, żeby zostać gwiazdą, a gram same ogony. Jestem rozczarowana. Mam poczucie zmarnowanego życia, nieszczęścia, mam się przez to powiesić? Lepiej mierzyć niżej.

Jeśli pan jako piękna blondynka zostanie tą gwiazdą, to też może się pan rozczarować i mieć poczucie zmarnowanego życia.
Bo czy życie jest zmarnowane, czy nie, to jest subiektywna sprawa. Tego się nie da obiektywnie ocenić. Załóżmy, że jestem ogrodnikiem. Nic więcej nie robię. Nie dążę do sławy ani żadnej wybitniej pozycji. Chcę mieć dość pożywienia i elementarnych dóbr, ale nie ciągnie mnie uganianie się za dobrami, które za wielkie powszechnie uchodzą. Nie chcę być Einsteinem. Czy w tym jest coś złego, że nie chcę być Einsteinem?

Zwłaszcza że to się różnie kończy.
Na ogół niedobrze. Pamiętam wybitnego fizyka, który mówił: „Albo się jest Einsteinem, albo nie warto żyć". A jednak nie był Einsteinem. Czy to znaczy, że jego życie było zmarnowane?

Może w istocie nie chodziło o to, żeby zostać Einsteinem, tylko żeby dążyć do zostania Einsteinem?
To oczywiście jest lepsze. Dążenie do wielkich dóbr jest na ogół dobre. Ale jeżeli z góry założę, że tych dóbr nie osiągnę, to ich nie osiągnę na pewno. Bo wielkie dobra nie przychodzą przypadkiem. Wymagają wysiłku. Więc jednak ważne jest, by mieć choć trochę nadziei. Ale niezbyt wiele. Tyle, by jednak uniknąć katastrofy, kiedy zdam sobie sprawę, że tym Einsteinem nie będę. Inaczej miałbym poczucie zmarnowanego życia.

...albo straciłby pan sens życia, gdyby pan tym Einsteinem został...
...albo wciąż, bezustannie robiłbym bezskuteczne wysiłki. To też mogłoby być marnowanie życia.

Chyba już mam pierwszą radę mędrca. Ważne jest, żeby nie chcieć zbyt wiele.
Zgoda, „chcieć niezbyt wiele" to chyba jest dobra formuła udanego życia.

Ale niezbyt wiele czego? Bo są rozmaite dobra. Kilkanaście od razu przychodzi do głowy. Młodość, naród, pieniądze, praca, przyjaźń, przyjemność, radość, rodzina, seks, sława, szczęście, wiedza, władza, wolność...
Szczęście zostawmy, bo nie wiem, co to takiego. Każdy pod to co innego podkłada. Trzeba się pogodzić z tym, że, jako takie, szczęście nie istnieje.

Na istnienie szczęścia są empiryczne dowody. Każdy panu powie, czy jest dziś równie szczęśliwy jak wczoraj. Z faktu, że coś trudno uchwycić i opisać, nie wynika jeszcze, że to nie istnieje.
To by był dowód, że istnieje brak szczęścia. Ale gdybym jednak chciał się z panem zgodzić, że szczęście istnieje, to powiedziałbym, że jest to życie dziecka gdzieś do piątego roku w naprawdę kochającej go rodzinie wolnej w tym czasie od jakichś wielkich nieszczęść.

A potem już jest pana zdaniem nieszczęście?
Może to nie jest nieszczęście, ale zmienia się nasz stosunek do świata. Już wkrada się w nasze życie cynizm, świadomość, że świat jest niedobry. Małe dziecko nie zadaje sobie jeszcze pytania o szczęście i nie zna pojęcia szczęścia. Jak ktoś ma w głowie pojęcie szczęścia i sam siebie pyta, jak mam być szczęśliwy, jak urządzić życie, co jest w życiu ważne, to znaczy, że już nie jest i nigdy więcej nie będzie naprawdę szczęśliwy. Nikt nigdy nie zdobędzie szczęścia, które byłoby znane jako takie.

Ale można jednak się do niego mniej czy bardziej zbliżać. Temu w istocie służy szukanie odpowiedzi na pytanie: Co jest ważne w życiu? Młodość pana zdaniem jest ważna?
Młodość też możemy odłożyć, bo to jest dobro, które większość ludzi traci. Ale też nie wszyscy. Są ludzie w jakimś sensie młodzi do samego końca.

Jak się z nią rozstawać, by jak najmniej oddalić się od szczęścia?
Najprościej na świecie. Pozbyć się poczucia, że w byciu młodym jest jakaś szczególna wartość. Jeżeli nie mamy poczucia, że młodość jest dobrem, to też nie czujemy, że ponosimy stratę, kiedy się starzejemy

 

To łatwo powiedzieć... Musiała się panu zdarzyć myśl: „To w moim wieku niestety nie wypada".
 

A co nie wypada? Nie wypada w moim wieku uwodzić kobiety? Od kiedy nie wypada? Jeżeli będę pewien, że to jest nieskuteczne, to nie będę próbował. Ale czy możemy to wiedzieć na pewno? Nie wydaje mi się, żeby młodość jako dobro była w życiu jakoś szczególnie ważna i żeby należało przywiązywać do niej wyjątkową wagę. Natomiast jest ważne, żeby się człowiek z kultu młodości wyzwolił. Bo ten kult może nam kawał życia zmarnować.

Więc młodość odkładamy. Co jeszcze mędrzec by z tej listy wybrał jako ważne w życiu?
A według jakich kryteriów?

Według tego, na co warto w życiu stawiać?
Normalny człowiek, który nie ma usposobienia buddysty i nie gardzi dobrami świata, ale umie się cieszyć dobrami małymi, doraźnymi, potrzebuje wszystkiego po trochu. Nie ma nic złego, kiedy ktoś się cieszy, że ma trochę pieniędzy albo ciekawą pracę. Ale uniwersalnej hierarchii nie da się zbudować. Większość z nas nie ma ochoty się niczego wyrzekać. Wiemy, że te dobra są ze sobą w konflikcie, że się ograniczają, że „trudno zjeść ciastko i je mieć", że nie możemy wszystkiego mieć w pełni, że także ci, którzy w oczach innych mają wszystko, sami nie muszą mieć poczucia, że są przez los hojnie obdarowani. Może łatwiej by było powiedzieć, jaki brak nam najbardziej doskwiera. Schopenhauer uważał, że dobro to brak udręk. Teraz na przykład siedzę tu i nie czuję żadnego szczególnego fizycznego bólu. Jest dobrze. Ale nie odczuwam tego jako czegoś ważnego. A kiedy zaczyna boleć, jeśli jest to ból intensywny, odczuwam go jako rzecz najważniejszą.

To może żeby się więcej od pana dowiedzieć, powinienem pytać, co jest najgorsze w życiu. Nie czy pieniądze są ważne, tylko czy brak pieniędzy jest straszny.
Ale tu też nie ma żadnej powszechnej hierarchii. Dla torturowanego najgorsze są tortury. Dla głodnego głód. Ludzie popełniają samobójstwa dlatego, że nie mogą zapłacić rachunków, albo dlatego, że ich miłość została odrzucona. Więc może najważniejsze jest, żeby się wyzwolić z cierpienia. Chociaż z drugiej strony (bo w życiu wszystko ma drugą stronę) stoicy twierdzą, że prawdziwy mędrzec wolny jest od cierpienia, a nawet od bólu tortur.

Gdyby to była prawda, mądrość byłaby najważniejsza w życiu. Ale nie wiadomo, czy na torturach stoicy nie zmieniliby zdania.
Są legendy o mędrcach, co dzięki mądrości wytrwali.

Ale czy to prawda?
No właśnie, w tym jest kolejny szkopuł. W istocie mało wiemy o innych. I przez to o sobie także. Ale jednak zapewne mądrość, wiedza, umiejętność cieszenia się choćby drobnym pięknem mogą w jakimś stopniu rekompensować rozmaite niedostatki czy bóle, które każdy przeżywa. Mogę być samotny, biedny, chory, głodny, a cieszyć się poezją. Ale to nie jest łatwe. Tę zdolność trzeba w sobie wyrobić. Można nauczyć się cieszyć tą wartościową częścią świata, która jest dostępna. To jest ważne, bo daje nam poczucie, że świat nie jest zbudowany tylko ze zła, cierpienia, nieszczęścia i walki.

Kultura jako opium?
Jak pan mówi „opium”, to zakłada pan, że to jest złudzenie. Narkotyki biorę po to, żeby się łudzić. A kiedy korzystam z dóbr ducha, to nie przeżywam złudzenia. To jest prawdziwa część świata, z którą warto obcować, bo ona daje mi poczucie, że mimo wszystkich okropności życia, mimo nieszczęść, cierpień, bólu, niedostatku, jest w tym świecie coś bardzo dobrego i pięknego. Nawet kiedy uczę się matematyki i dzięki temu rozumiem jakieś dowody, jest to dobro, które daje mi udział w dobrej stronie porządku tego świata. Takich dóbr jest wiele i mogę z nich korzystać nie mając bogactwa, władzy, sławy, czyli tego wszystkiego, o co ludzie walczą.

Więc ważna w życiu byłaby kultura.
Udział w dobrach ducha stworzonych przez ludzi. O to nie muszę wchodzić w konflikty z innymi. I mogą to być całkiem drobne rzeczy - byle bym potrafił prawdziwie się nimi cieszyć. Mogę iść ulicą i cieszyć się widokiem dzieła architektury, pięknego ogrodu, elegancko ubranej kobiety, wspaniałego auta. To są drobne dobra, ale bardzo realne. Mogę nawet siedzieć w nieogrzanym pokoju i cieszyć się pięknem poezji czy muzyki. Warto się tych rzeczy troszeczkę nauczyć, by umieć prawdziwie się nimi cieszyć. Żeby podziwiać muzykę czy malarstwo, trzeba coś o nich wiedzieć. Ale najważniejsze jest, żeby taką gotowość cieszenia się łatwo dostępnym pięknem w sobie kultywować.

To brzmi ładnie, ale dość idealistycznie. Większość z nas wolałaby tworzyć te dobra podziwiane przez innych, bo za podziwem dla dzieła idzie podziw dla twórcy.
Poklask i sława to dobra, których pożądanie zwykle prowadzi do nieszczęścia. Bo są to dobra, o które ludzie ubiegają się przeważnie bezskutecznie. Nie tylko dlatego, że trudno je osiągnąć. Przede wszystkim dlatego, że sławę na ogół można zdobyć osiągając w jakiejś dziedzinie mistrzostwo. Jak ktoś myśli o sławie, a nie o mistrzostwie, to przeważnie osiągnie najwyżej popularność. Żeby być sławnym prawdziwie, trzeba być Einsteinem albo Gretą Garbo.

Albo Leszkiem Kołakowskim.
O nie, ja nie jestem sławny. Sławni są teraz ci, których wciąż widzimy w telewizji.

Panu sława chyba wydaje się krępująca.
Dlaczego? W sławie nie ma nic złego. Cóż w tym złego, że ktoś chce być papieżem albo Muhammadem Ali. Złe jest tylko to, że z marzeń o sławie przeważnie nic nie wychodzi.

Z większości ludzkich marzeń przeważnie nic nie wychodzi. A jak wychodzi, to się okazuje, że nie o to chodziło. „Nie tak miało być, kochanie”.
Tak zazwyczaj pewnie też bywa ze sławą.

     

Potrzeba afirmacji jest rzeczą naturalną i prawie nieusuwalną, chyba że zostanie zduszona przez buddyjską świadomość. Bo buddyzm - prawdziwie przeżywany - najlepiej wyzwala nas z wszelkiej pożądliwości. To się odnosi nie tylko do przedmiotów, ale i do różnych czynników statusu: sławy, władzy, bogactwa. Dlatego buddyzm jest jedną z najpiękniejszych i najmądrzejszych wiar, jakie ludzkość stworzyła.

To ciekawe, że filozof, który niemal całe życie pisał o chrześcijaństwie i o komunizmie, w późnym wieku skłania się do buddyzmu.
Dlaczego w późnym wieku? Ja zawsze miałem ogromny szacunek do buddyzmu i dla kultury wedyjskiej.

Ale pan o buddyzmie ani o hinduizmie nie pisał.
Bo nie dość o nich wiem. Nie znam języków orientalnych, ale pamiętam, jakie wrażenie na mnie jako nastolatku zrobiły księgi wedyjskie. Zawsze byłem pod silnym wrażeniem myśli i wiary Wschodu.

I nie ciągnęło pana, żeby studiować buddyzm zamiast chrześcijaństwa i komunizmu?
Ciągnęło. Tylko że jak się żyje w świecie chrześcijaństwa i komunizmu, to naturalnie jest dla człowieka ważne, żeby te myśli zrozumieć. A buddyzm to jednak nie jest nasz świat, chociaż jest to świat niesłychanie ważny. Ale pan zdaje się chciał rozmawiać o tym, co ogólnie jest ważne w życiu ludzi, a nie o tym, co dla mnie jest ważne w buddyzmie.

Teraz do tych spraw ważnych dopisałem intelektualny czy religijny kontekst, z którym się jest związanym.
To z pewnością jest ważne. Sława na przykład dla prawdziwego buddysty nie ma żadnego znaczenia tak samo jak inne dobra doczesne.

Ale czy to jest dobre? Gdyby pan nie był sławny, to z pańskiej mądrości nie mielibyśmy wielkiego pożytku. Siedziałby pan w Oxfordzie, czytałby pan książki, pisałby pan swoje wykłady czy eseje i mało kto by je kupił, ludzie by pana nie oglądali w polskiej telewizji, nie czekaliby na pańskie artykuły... W jakimś sensie gdyby nie sława, to pewnie byśmy pana zmarnowali. Gdyby pana mądrość nie stała się sławna, to byłaby mniej użyteczna.
Można tak powiedzieć, ale ja sławny nie jestem.

Tu już zapiszemy rozbieżność, bo szkoda się spierać.
Dobrze. Ale dążąc do sławy łatwo jest się łudzić. „Ja nie dążę do sławy. Chcę tylko dać ludziom coś pożytecznego”. A prawdę mówiąc nie wiem, co pożytecznego daje ludziom człowiek, który na przykład skacze trzy metry do góry.

Emocje, poczucie uczestnictwa w jego wspaniałym wyczynie.
Ja myślę, że to jest iluzja. On ma iluzję, że robi to dla innych, a robi to tylko dla siebie - żeby wygrywać i być podziwianym. A inni mają iluzję tego uczestnictwa, o którym pan mówi, chociaż są tylko widzami - nie mają w tym skoku żadnego udziału ani żadnej zasługi.

Co w tym złudzeniu złego?
Nic. Niech będzie złudzenie. Chodzi tylko o to, żeby nie mieć do świata pretensji, gdy nas nie docenia. Nie uganiajmy się za sławą, bo na ogół nic z tego nie wyjdzie i będziemy mieli poczucie przegranego życia. A bez sensu jest mieć takie poczucie tylko dlatego, że nie jestem Muhammadem Ali czy Albertem Einsteinem.

Ale czy źle jest mierzyć wysoko? Pan musiał zadać sobie masę cierpień i musiał pan ponieść różne wyrzeczenia, żeby osiągnąć tę jakość intelektualną, do której pan doszedł.
Ja tak o sobie nie myślę. Ale mierzyć wysoko jest chyba rzeczą dobrą. Tylko że lepiej jest mieć swoją własną miarę.

Mierzyć siebie wedle własnych kryteriów, a nie wedle aplauzu innych?
Chyba coś takiego. Bo aplauz przeważnie nie jest sprawiedliwie dzielony. Owszem, mierzyć siebie swoją własną miarą to jest w życiu ważne.

No to mamy już kilka generalnych porad. A...
O seks proszę mnie nie pytać. Nie dlatego, żeby nie był ważny, ale nie chcę się w tej sprawie wynurzać.

Więc seks jest ważny i o nim nie rozmawiamy. A praca?
Praca, to banalne, jest w życiu bardzo ważna. Ale niech mi pan nie każe formułować jakiejś ogólnej reguły, co lepiej robić z czasem - spędzić go na pracy czy poświęcić rodzinie albo piciu piwa z kolegami. Każdy człowiek ma problem szukając równowagi pomiędzy dobrami. A żadna obiektywna recepta nie istnieje. Pewnie nawet nie można przypisać sobie prawa do pouczania innych: „Nie idź na piwo, skoro jeszcze możesz popracować”. W pouczaniu na ogół jest coś podejrzanego.

Ale pan szanuje Buddę właśnie za pouczanie...
Tak.

... i wielu ludzi dużo mu zawdzięcza właśnie dzięki temu, że miał odwagę nauczać i pouczać...
Tak.

... więc?
Nie twierdzę, że jest coś złego, gdy ktoś próbuje innym wytłumaczyć, że coś jest złe lub dobre. Mamy prawo to czynić również, jeżeli zdajemy sobie sprawę, że inni dokonują odmiennych wyborów. Ale do tego trzeba mieć poczucie, że jest się dobrym nauczycielem życia. A ja nie mam takiego poczucia.

Nie szukam nauczyciela. Szukam autorytetu. Nie chcę odpowiedzi łatwych ani przystępnych. Chcę usłyszeć, czego Leszek Kołakowski dowiedział się o życiu z wszystkich mądrych książek, z własnego doświadczenia i ze swoich przemyśleń. Pytam pana: Jak żyć, panie profesorze?
Ja nie wiem... Ja naprawdę nie wiem. Rozumiem, że potrzebujemy nauczycieli życia... Rozumiem, że wciąż sobie stawiamy pytanie, jak żyć?... Rozumiem, że chcielibyśmy mieć niezawodnych mistrzów... Ale nie jest pewne, czy są tacy mistrzowie, nie jest pewne, że oni muszą mieć rację, i nie jest pewne, że powinniśmy ich słuchać. Nawet dobre rady bardzo dobrego mistrza nie muszą pasować do mnie i mojego życia. Bo każdy inaczej sobie życie układa. I nie musimy się z tego tłumaczyć. Często przecież świadomie robimy rzeczy, których nie powinniśmy robić. Takie, które szkodzą nam albo innym. Mistrz powie nam, że to źle. Ale my to i tak wiemy. Powie: „Nie pij wódki". A będziemy pili.

Bo wódka łagodzi ból duszy?
Jakoś nam pomaga. Mistrz to wie. Ale też nie powie: „Pij wódkę!", bo nie chce brać odpowiedzialności za zło naszego życia. Zło, które czynimy, każdy sam musi wziąć na siebie. Zwłaszcza że jest też kwestia proporcji. Każdy rozumie, że inne jest zło, kiedy się raz upiję, a inne, kiedy wpadnę w alkoholizm. I każdy kiedy indziej tę granicę przekracza. Kto, kiedy - tego żaden mistrz nie wie. My sami też nie wiemy. Więc pijąc ryzykujemy... A jednak pozwalam sobie cieszyć się alkoholem. Nie w skrajnych formach, ale lubię wypić do kolacji wino, a po kolacji kieliszek koniaku czy whisky. Gdyby nawet mi jakiś wielki mistrz powiedział: „Nie pij”, nie będę tego słuchał. Bo lubię wino czy koniak. Ale też nie pijam tyle, żeby się upijać.

  •      

oceń
0
0

komentarze (0) | dodaj komentarz

Bobinio ... boberek... bób

wtorek, 05 lipca 2016 20:29

 

Uwielbiam bób !  Kopiuję więc ciekawy przepis z poniższego blogu ... i życzę smacznego !   http://krytykakulinarna.com/bob-po-sycylijsku-przepis/

 

Bób po sycylijsku – najlepszy, jaki jadłam

Kilkadziesiąt osób już do mnie pisało w sprawie tego przepisu. Obiecałam i jest. Pewnie pamiętacie, że z Sycylią to nie była wielka miłość, ale na pewno zdarzyło nam się kilka bardzo jasnych momentów. Odkrycie tego bobu było jednym z nich. Udało mi się bezbłędnie odtworzyć ten smak, więc cieszmy się nim wszyscy, alleluja!

IMG_5973

Najpierw uwaga techniczna. Jak gotować bób? Z tego miejsca pragnę pozdrowić Krzyśka M., bo jego patent sprawdza się doskonale. Otóż bób wrzucamy do gorącej wody, gotujemy do momentu aż będzie al dente (starszy potrzebuje więcej czasu, niż młody, więc celowo nie podaję dokładnego czasu gotowania), a później natychmiast hartujemy w lodowatej wodzie. Taki bób pozostaje soczyście zielony i bardzo łatwo obiera się z łupin. My jednak zostawiamy łupiny, bo w nich jest bogactwo witamin. Zresztą sami zobaczycie, że będziecie zjadać go razem ze skórkami. Garściami!

Bób po sycylijsku

  • 1 kg bobu
  • 1 szklanka wody źródlanej
  • 1/2 szklanki oliwy z oliwek
  • 1 łyżka soli morskiej
  • 2 łyżki suszonego oregano
  • 2 ząbki czosnku

 

Bób gotujemy tak, jak napisałam wyżej. Następnie nacinamy skórki, aby marynata dotarła do wnętrza. To najbardziej żmudny etap, ale konieczny. Składniki marynaty, czyli wodę, oliwę, sól i oregano mieszamy w misce, aby sól się rozpuściła. Tu dwie uwagi: wybierzecie oliwę charakterną, wyraźną w smaku. Z kolei oregano należy wcześniej sparzyć niewielką ilością wrzątku, dzięki temu nie będzie twarde. To taki patent, którego nie znają nawet niektórzy kucharze, choć powinni. Do gotowej marynaty przekładamy nacięty bób, dorzucamy ząbki czosnku (obrane, ale nie pokrojone), delikatnie mieszamy i odstawiamy do lodówki na 24 godziny. W teorii można jeść od razu, ale rekomenduję jednak poczekać. W tym czasie warto jeszcze 2-3 razy przemieszać, aby marynata dotarła wszędzie. Podawać w temperaturze pokojowej.

przepis_bob

Tak naprawdę jest to niezły punkt wyjścia do dalszych eksperymentów. Chodzi za mną wędzona papryka, albo w ogóle jakaś mocno pikantna wersja. Lato przed nami, więc…

 

 ......I JESZCZE JEDEN PRZEPIS :

z bloga VEGE

 

ZAKRĘCONY WEGE OBIAD  http://zakreconywegeobiad.pl/bob-smazony-w-soli/#

Roślinna kuchnia dla każdeg

Bób smażony w soli

IMG_9897
 

Dzisiaj mam dla Was super prosty sposób na bób. Pozostaje on smaczny i zwarty a skórka jest twarda i sztywna na tyle żeby łatwo można go było obrać i użyć np do sałatki.

Składniki:

  • bób,
  • sól (używam kłodawskiej nieoczyszczonej).

Wykonanie:

Na dobrą patelnię z grubym dnem (polecam Ballarini) wysypujemy ok 1 cm soli, wrzucamy umyty bób i smażymy co jakiś czas mieszając. Przygotowanie tego bobu trwa dosłownie kilka minut, więc najlepiej jeśli jest świeży, po ok 5 minutach wyjmujemy jednego, opłukujemy z soli i próbujemy, jeśli będzie miękki opłukujemy go na sicie, żeby pozbyć się soli. Skórki są zbyt twarde żeby je jeść, ale za to miąższ jest pyszny :)

Polecam Wam spróbować w ten sposób zrobić bób, jest zupełnie inny niż z wody, dla mnie lepszy, chociaż jak jest dobry bób to lubię go ze skórą jeść :)

IMG_9893

IMG_9897

Smacznego!!!

 

 


oceń
0
0

komentarze (0) | dodaj komentarz

.

poniedziałek, 04 lipca 2016 22:10

 

 

Witajcie !  Właśnie wróciłam ze szpitala w Białymstoku.

 

 

Dziwicie się zapewne dalczego mieszkając w Warszawie szukam pomocy w białostockim szpitalu ?  Dowiedziałam się, że właśnie tam jest najlepszy oddział neuroinfekcji w Polsce zajmujący się diagnostyką boreliozy.

Kilka lat temu przechodziłam boreliozę. Leczono ją w WIMie doxycykliną.

Po leczeniu antybiotykami objawy ustapiłyi wydawało mi się że już mam problem z głowy. Jednak moje narastajace problemy ze stopami spowodowały że zdecydowałam się na rozszerzoną diagnostykę.

Podejrzewałam, że to koinfekcja i że powinnam spróbować jakoś ją okiełznać.

Pojechałam więc z nadzieją że uda się mi pomóc.

Zrobiono mi wiele bardzo specjalistycznych badań i dano jednoznaczną odpowiedź - boreliozy nie mam !  

To dobra wiadomość,biorąc pod uwagę prawdopodobne leczenie w przypadku potwierdzenia diagnozy. Wracam więcdo punktu wyjścia - wiem, że nic nie wiem .....a nogi bolą, drętwieją, pieką, stają się nieczułe jak kłody drewna a za chwilę lekkie dotknięcie boli wściekle.

Zmartwiłam się na dobre, kiedy wyrwałam sobie cały paznokieć w trzecim palcu stopy i wcale tego nie poczułam !!!

Wykonano mi cały szereg prześwieteń i wysłano na konsultacje do innego szpitala do neurologa i neurochirurga ... 

Neurolog wykonał EMG i zdecydowanie wykluczył polineuropatię cukrzycową. Dwa piętra wyżej neurochirurg wykluczył przyczyny kregosłupowe i autorytatywnie stwierdził ze to : polineuropatia cukrzycowa !!!

Załamałam się ...

W szpitalu było ciężko wytrzymać, bo upały straszliwe i cztery osoby w nie klimatyzowanych salach. Oddział niby odnowiony ale reszta " w budowie" i klimat trochę jak w latach osiemdziesiątych.

 

Za to szef oddziału, biały personel i lekarze bardzo mili i życzliwi.

 

Poznałam też dwie fajne dziewczyny Bernadetę i Grażkę.Dzięki nim nie czułam braku telewizora i na tydzień wyłaczyłam się z życia wielkomiejskiego. 

 

Pozdrawiam więc cały oddział neuroinfekcji i dziękuję za życzliwość !

Będę Was miło wspominać !

 

.............................................................................................................

 

 

Pod modrzewiem po lewej na tarasie spedziłam cały tydzień.

 

 


oceń
0
0

komentarze (0) | dodaj komentarz

Będzie jak będzie ...

wtorek, 07 czerwca 2016 23:10

ewa i jabłonie.jpg 

 

W tym roku jakoś wyjątkowo pyli ....

 

Pyli ...pyli wszystko wokoło, a najbardziej trawy na które jestem uczulona ...

Zamykam więc okna i siedzę w domu, bo w ogrodzie płaczę i kicham.

Nie wiem już sama czy to alergia czy dalszy ciąg przeziębienia z którym zmagam się od dwóch tygodni ? 

Co by jednak to nie było to i tak uprzyksza życie i odbiera chęć do robienia czegokolwiek.

Jednak pomimo tego wiosennego nieróbstwa udalo mi się posadzić kilka borówek amerykańskich, trzy krzewy i dwa drzewka, acha !  ... i jeszcze agrest na drzewkach, który nawet zaowocował ładnie...

Napisałam też kilka wierszy, są jeszcze w formie szkiców poetyckich, ale kiedyś z pewnością nabiorą końcowego kształtu. 

Moje dzieci Karola i Michał też nie leniuchowały, sprzątneły swój kawał działki, posadziły trawę, zrobiły piękny taras i kupiły ogrodowe meble. Porządkuje się więc Łozinowa i jest coraz ładniejsza.

Miło patrzeć jak w końcu zbieramy się rodzinnie fizycznie i psychicznie ...

Jeszcze kilka ważnych dużych zobowiązań i będzie można spokojnie żyć, no chyba że nie poradzę sobie z polineuropatią i przestanę chodzić ....tfu ! tfu ! tfu !.....ech, nawet myśleć o tym nie chcę.

Spróbuję się w tej materii poradzić chińskich lekarzy podczas mojej planowanej wizyty w Chinach. Może Chińczycy mają na te moje nogi jakiś pomysł ?

Chiny ! ... piękna wycieczka... Obiecuję sobie wiele po tym miesiącu poznawania całkiem innej kultury....ale już zaczynam się tym wyjazdem denerwować ...

Muszę zabrać walizkę leków ...a jak coś mi się przytrafi ? jakaś choroba ? Staram się o tym nie myśleć, ale tak się nie daje. Myślę więc i myślę i nic nie mogę wymyślić poza tym że "Będzie jak będzie"...

 

I wogóle w życiu też będzie jak będzie, i nic się nie da przewidzieć i nic zaplanować ...i to bezustannie wywołuje w moim samotnym sercu smutek ...

 

let it be...let it be...

 

Wczoraj znalazłam sobie linię melodyczną do tej mojej kultowej piosenki z młodości i tak długo śpiewałam aż ochrypłam  : )))

 

 

 

 


oceń
0
0

komentarze (1) | dodaj komentarz

Słowo na NIE-DZIELĘ, ktorym się z Wami DZIELĘ ...

sobota, 28 maja 2016 20:27

 

Kiepsko się dziś czuję. Mam katar i głowa mi pęka, bolą mięśnie i stopy.

Leżę więc cały dzień i rozmyślam nad swoim życiem. Jak się pewnie domyślacie nie są to wesołe myśli. Kładę to na karb złego samopoczucia, ale nie tylko ...Nabieram dystansu do życia do siebie do innych ...

Przed chwilą na FB przeczytałam dwa wpisy, które mnie poruszyły ... są bowiem właśnie podsumowaniem moich dzisiejszych rozmyślań.

A ponieważ  warto uczyć się na cudzych doświadczeniach to je skopiowałam i wklejam.

Niech będzie to moje " słowo na niedzielę" - słowo, NA NIE-DZIELĘ którym się z Wami DZIELĘ !  ....

 

 

Pouczająca lekcja folozofii! Muszisz przeczytać! SZOK!

 

A TERAZ OSTATNIE SŁOWA  STEVE'A JAKOBSA

 

Zdjęcie użytkownika Leszek Bartoszewski.
  •  
     

     

     

    Ostatnie słowa Steve'a Jobsa:

     

    Osiągnąłem szczyt sukcesu w biznesie. W oczach innych, moje życie stało się symbolem sukcesu.
    Jednak oprócz pracy, mam niewiele radości. Bogactwo nie robi już na mnie żadnego wrażenia.
    W tej chwili, leżąc na łóżku szpitalnym i rozpamiętując całe życie, zdaję sobie sprawę, że wszystkie osiągnięcia i bogactwa, z których kiedyś byłem tak dumny, stały się nieistotne w obliczu mojej rychłej śmierci.
    Kiedy w ciemności, patrzę na zielone światła urządzenia do sztucznego oddychania i słyszę jego mechaniczne dźwięki, czuję oddech zbliżającej się śmierci.
    Dopiero teraz rozumiem, że nawet jeśli zgromadzisz dużo pieniędzy, nagle chcesz realizować cele, które nie są związane z bogactwem. Jest coś ważniejszego: miłość, sztuka, marzenia z twojego dzieciństwa.
    Nie, nie uganiaj się za bogactwem, to może robić tylko osoba tak zakręcona jak ja.
    Bóg stworzył nas, aby każdy mógł poczuć miłość w sercu, a nie biegał za złudzeniami budowanymi przez sławę i pieniądze, tak jak ja to robiłem w moim życiu. Teraz wiem, że nie mogę zabrać je ze sobą.
    Jedyne co się liczy to wspomnienia wzmocnione miłością.
    To jest prawdziwe bogactwo, które będzie szło za tobą; będzie ci towarzyszyło, da siłę i światło, które cię poprowadzi.
    Miłość nie zna granic. Będzie ci towarzyszyć nawet poza granice życia. Przeniesie się tam, gdzie chcesz się udać. Dąż do osiągnięcia celów, które sobie wyznaczasz. Wszystko jest w twoim sercu i w twoich rękach.
    Które łóżko jest najdroższe na świecie? Łóżko szpitalne.
    Jeśli masz pieniądze, możesz zatrudnić kogoś do prowadzenia twojego samochodu, ale nie jesteś w stanie zatrudnić kogoś, kto zabierze chorobę, która cię zabija.
    Rzeczy zagubione można odnaleźć. Ale jest jedna rzecz, której nigdy nie można znaleźć, gdy ją stracisz – życie.
    Niezależnie od tego, na jakim etapie życia jesteśmy teraz, w końcu będziemy musieli zmierzyć się z chwilą, gdy kurtyna opadnie.
    Szanuj swoją rodzinę, kochaj współmałżonka, szanuj znajomych ...
    Traktuj wszystkich dobrze i dbaj o przyjaźnie.

     

     

     

    ..............................................................

     

     
    ....i cóż jeszcze można dodać ? 
     
    .....żyj ! po prostu żyj i kochaj !
     
     
     
     

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 


oceń
0
0

komentarze (0) | dodaj komentarz

Dzień Matki ...

czwartek, 26 maja 2016 22:51

 

Dziś dzień Matki  ...  Na FB znajomi publikują zdjęcia swoich matek ... Postanowiłam i ja opublikować zdjęcia mojej Mamci...

Była wyjątkową kobietą. Poza urodą miała też wiele cech , których ja nie posiadam ... niezwykły upór i pracowitość ...

To dzięki jej pracy mamy nasz wielki dom ... To Ona w niesprzyjających czasach socjalizmu zbudowała wszystko to co mamy i co będą dziedziczyć nasze wnuki i prawnuki...

Babcia Halinka ... Iwonka - jak Ją nazywały koleżanki ... Moja Dzielna Mama,za którą bardzo tęsknię ...

 

mama 2 (2).jpg

 

Mama miała więcej pięknych zdjęć, ale zazdrosny Tatek podarł je, kiedy została jego żoną ...

Jedno z niewielu ocalałych - zdjęcie w stroju cyganki do tańców cygańskich, które Mama tańcyła w szkole baletowej.

 

mama 2 (1).jpg

 

Kiedy patrzę na swoje zdjęcia odnajduję coraz więcej podobieństwa z Mamą. Co to jednak znaczy genetyka ?!

 

Kolaż z naszych zdjęć nie dał się niestety wkleić prosto ( nie wiem daczego ? bo te zdjęcia powyżej wkleiły się prawidłowo )  Po szóstej próbie skapitulowaam i wklejam krzywo !

 

mama i ja 1.jpg

 

 

mama i ja 2.jpg

 

I najpiękniejszy wiersz o Matce :

 


oceń
0
0

komentarze (0) | dodaj komentarz

Dlaczego Niemcy chcą obalić rząd PIS ?

piątek, 20 maja 2016 9:46

Dziś wpis pewnego blogera  Piotra Solisa....może warto spojrzeć na obecną sytuację polityczną i w ten sposób ?

Obrazek użytkownika piastolsztyn
Pieniądz czy człowiek - co ważniejsze?
Ekonomista
Olsztyn

 

 

Стукачам, чекистам и членам российской агентуры вход воспрещен
 

Niemcy w panice - pragną obalić rząd PiS

PiS systematycznie realizuje plany, a budowa połączenia gazowego z Danią oraz rozbudowa gazoportu uczyni Nord Stream 2 bezużyteczną i kosztowna zabawką. Niemiecko-Ruska inwestycja, która miała uczynić Niemców bogatymi, a Polaków biedakami, stanie się bezużyteczna.

Nie dość, że Polska nie daje się okradać przez Niemców, to sama chce zrobić biznes, który to Polaków uczyni bogatszymi: http://cire.pl/item,129445,13,0,0,0,0,0,polska-gazowym-hubem-europy-srodkowej-irytacja-zwolennikow-nord-stream-2.html . Polska, tak tak, jest najbogatszym krajem świata i zamierza pod rządami PiS z tego bogactwa skorzystać:https://gloria.tv/article/Uc2bAm9xUuK . Stad Niemcy pod przykrywką UE chcą zmusić Polskę do badań środowiskowych przy głębokich odwiertach. A skoro badania środowiskowe, to faktycznie Niemcy będą decydować, czy Polska może wiercić, czy nie? Pretekstów można nawymyślać wiele, np. siedlisko lokalnego wróbla, a jakże.

To nie koniec złych wiadomości, bo Polska może skutecznie domagać się reparacji za II wojnę światową, jakiegoś ok. 1 bln. USD: http://naszeblogi.pl/59328-niemcy-chca-zniszczyc-pis-chodzi-o-1-bln-usd . Stąd starannie zaplanowany atak na Polskę:https://polskaniepodlegla.pl/kraj-swiat/item/6349-niemiecka-propaganda-szykuje-ataki-na-polske-ujawniono-pismo-z-wytycznymi-z-berlina . Ultimatum w sprawie TK i RzemPOlińskiego jest tylko jednym z elementów tego planu. Próba zniszczenia Polski i Węgier poprzez wtłoczenie milionów arabskich najeźdźców zwanych imigrantami spaliła na panewce.

Jest takie stare powiedzenie, że jak nie wiadomo o co chodzi, to wiadomo o co chodzi – chodzi o pieniądze, o nieprzebrane skarby, a Polska ma tych bogactw najwięcej. Dopiero pół roku temu powstał prawdziwie polski rząd, który może rządzić samodzielnie. Pół roku Olszewskiego i 2 lata koalicyjnego rządu PiS nie pozwalały na efektywne rządy. Reszta rządów była tylko polskojęzyczna i posłusznie realizowała interesy Niemiec.

Piotr Solis

 

oceń
0
0

komentarze (0) | dodaj komentarz

Obesogeny - czyli od czego tyjemy ?

poniedziałek, 16 maja 2016 1:59

Czy tyjemy z powodu zanieczyszczenia środowiska obesogenami ?

Co na to epigenetyka ? Polecam bardzo ciekawy film :

https://www.youtube.com/watch?v=Bgza_-7agyQ 

 


oceń
0
0

komentarze (0) | dodaj komentarz

Złote myśli Marii C...

niedziela, 15 maja 2016 23:39

 

Kilka dni temu zmarła Maria Czubaszek ... 

 

Miała chyba tyle samo przeciwnikow co fanów i wydawać by się mogło, że tacy ludzie nie umierają ... To im się nie zdarza ...

 

Żyją wiecznie paląc, pijąc i robiąc to na co mają właśnie ochotę ...a jednak nie ma Jej już wśrod nas ...

 

A jednak gdyby żyła śmiała by się zapewne ze swojej śmierci ...

 

A tak siedzi sobie teraz pewnie na szarym jak dym z papierosa obłoczku i pali...pali...pali ...jednego za drugim ...[*]

 

..................................................................................................

 

 

Złote myśli Marii Czubaszek ... Można było Ją lubić lub nie ale trzeba przyznać, że ta kobieta miała dystans do siebie i do świata   : )



Zdjęcie użytkownika Samantha Van Ejsymont.

 

Złote myśli Marii Czubaszek.

 

„Niepalący też żyją tylko do śmierci".


„Młodość musi się wyszumieć, a starość wypalić".


„Każda kobieta powinna w pewnym wieku ustalić ile ma lat i już się tego trzymać".


„Jestem w rozwojowym okresie późnej dojrzałości".


„Zero ruchu. Przez sport do kalectwa".


„Lepiej być młodym niż starym, ale lepiej być starym niż martwym".


„Wszyscy myślą, że jestem optymistką, a to nieprawda. Ja jestem pesymistką, ale pogodną".


„Niektórzy pytają, dlaczego czasem tracę płynność finansową. Trudno jej nie tracić, gdy ma się męża jazzmana. Karolak ma co prawda emeryturę artystyczną - 719 złotych. To masa pieniędzy, ale w ludziach jest tyle pazerności... że czasem dorabia koncertami".


„Co ja z tym zdrowiem zrobię, przecież do grobu go nie wezmę".


„Natchnienie to miał Mickiewicz. Do takich głupot jak ja piszę, nie potrzeba natchnienia. Ja muszę mieć motywację. Dla mnie to są zawsze trzy niezapłacone rachunki".


Podczas jednego ze spotkań, 5-letnia dziewczynka zapytała Marię Czubaszek czy ta także była kiedyś młoda.


- Dawno, dawno temu, w co trudno, uwierzyć byłam młoda, ale świadków już nie ma, bo wszyscy umarli – odpowiedziała Czubaszek.


- A czy była Pani ładna ? – zapytała dziewczynka


- Młoda rzeczywiście byłam, ale urodę zawsze miałam nienachalną – odpowiedziała Czubaszek.

 

...............................................................................................................

 


oceń
1
0

komentarze (0) | dodaj komentarz

Przytulaj się !

sobota, 14 maja 2016 9:58

 

 Sobota, niedziela ... no to może się poprzytulamy !  Koleżanka Misia umieściła dzis ten wpis na FB. Kopiuję, bo wydaje mi się ważny ... więc cieszmy się wiosna, wyglądajmy rozkwitających kwiatów ... i  przytulajmy się Cudny przepis, prawda ?!     : ) 

 

Siedem sprawdzonych sposobów na podniesienie poziomu hormonów szczęścia w mózgu

 

5

Szczęście jest tak niesamowitym uczuciem, że wielu z nas walczy o jego utrzymanie. Fakt, że w ogóle żyjemy jest błogosławieństwem samym w sobie. Jednakże, zamiast cieszyć się z tego każdego dnia, czasami dajemy się przytłoczyć przeszkodami, jakie niesie ze sobą życie. Trzeba przyznać, że przychodzi to z łatwością, ale czyż nie byłoby wspaniale gdybyśmy mogli być szczęśliwi przez cały czas? Cóż, badania naukowe pokazują, że rzeczywiście możemy zwiększyć poziom hormonów szczęścia w mózgu. Poziom szczęścia w naszym życiu jest kontrolowany przez ilość „szczęśliwych” substancji chemicznych i hormonów, które produkuje nasz mózg. Na szczęście istnieje wiele naturalnych sposobów, aby zwiększyć ilość tych substancji chemicznych w swoim mózgu.

Czy wiesz, że na samą myśl o byciu szczęśliwym można zmienić strukturę chemiczną swojego mózgu? Ludzki mózg jest niesamowity. Neurolodzy uważają, iż w rzeczywistości jest on najbardziej potężnym narzędziem na naszej planecie. Ponieważ prawdą jest, że ludzki mózg jest odpowiedzialny za wspaniałe dzieła, dlaczego nie mielibyśmy kreować naszego własnego szczęścia? Cóż, jest to możliwe, ale niewiele osób wie jak we właściwy sposób to robić.

Poniżej przedstawionych zostało 7 sprawdzonych sposobów na zwiększenie poziomu  szczęścia w mózgu:

 

 

7. Zwiększ ilość dobrych bakterii jelitowych

Naukowcy odkryli niedawno, że zdrowy poziom dobrych bakterii jelitowych może faktycznie zmniejszyć niepokój. Eksperci uważają, że probiotyki, które możemy znaleźć w sfermentowanej żywności są bogate w pożyteczne bakterie jelitowe. Zażywanie codziennej dawki probiotyków w postaci suplementu diety może być także pomocne.

6. Przytulaj się

9

Czy kiedykolwiek zastanawiałeś się dlaczego niemowlęta powinno się tak dużo tulić? Nic nie uspokaja płaczącego dziecka tak jak dotyk matki, ale dlaczego tak jest? Cóż, ciepły uścisk powoduje w rzeczywistości wzrost oksytocyny w mózgu. Jest to tak zwany hormon wiążący, który zapewnia znajome uczucie szczęścia. Następnym razem kiedy będziesz czuć się źle, spróbuj objąć kogoś w długim i gorącym uścisku. Niemal natychmiast powinieneś odczuć ulgę.

 

 

5. Wychodź na słońce

4

Słońce jest jednym z naszych najmocniejszych sojuszników. Oprócz tego, że dostarcza ciepła, daje także życie drzewom, roślinom i zwierzętom. Bez słońca nasz planeta byłaby całkowicie zamarznięta. Życie jakie znamy przestałoby istnieć. Podobnie, bez słońca trudno także utrzymać poziom szczęścia. Ludzie i prawie każda inna istota żyjąca na tej planecie potrzebują słońca, aby przetrwać. Jest to ważniejsze niż wydaje się większości ludziom. Spacer na powietrzu w słoneczny dzień jest doskonałym sposobem na zwiększenie poziomu serotoniny. Co więcej, światło słoneczne zwiększa wytwarzanie melatoniny czyli hormonu snu. Regularna ekspozycja na działanie promieni słonecznych nie tylko poprawi ci humor, ale także będziesz spać o wiele lepiej.

4. Zapisuj cele związane z podnoszeniem poziomu szczęścia

Nauczono nas, aby przez całe swoje życie spisywać nasze cele i dążenia. Niestety, niewielu z nas rzeczywiście to robi. Jednak zapisywanie swoich celów związanych z osiągnięciem szczęścia będzie te cele urzeczywistniać. Ponadto, w ten sposób uspokoimy swoje ciało migdałowate co spowoduje, że będziemy odczuwać mniej lęku.

„Kiedy zaprzeczamy naszym historiom, one nas definiują. Kiedy posiadamy nasze historie, możemy napisać ich zakończenie.” – Brene Brown  

 

 

3. Oddychaj głęboko

11

Praktykowanie techniki głębokiego oddychania jest korzystne z wielu różnych powodów. Z jednej strony, głębokie oddychanie spowalnia tętno, a z drugiej aktywuje także układ przywspółczulny. Aby praktykować głębokie oddychanie, należy najpierw usiąść w wygodnej pozycji. Twoje otoczenie musi być ciche i spokojne. Następnie należy wdychać powietrze przez 5 do 7 sekund i wydychać je powoli. Praktykowanie tej metody oddychania powtarzane w kółko będzie wywoływać produkcję szczęśliwych substancji chemicznych.

 

 

2. Śmiej się i uśmiechaj

10

Zawsze bądź pozytywnie nastawiony, nikt nie lubi ludzi w złym humorze! Czy wiedziałeś, że śmianie i uśmiechanie się to dwie z najlepszych rzeczy jakie możesz zrobić, aby zwiększyć poziom własnego szczęścia? Nawet jeśli twój śmiech jest fałszywy lub wymuszony to wciąż prowokuje to twój mózg do wytwarzania substancji o pozytywnych wibracjach. Kiedy się uśmiechasz, twój mózg uwalnia szczęśliwe związki chemiczne, które mogą sprawić, że od razu poczujesz się lepiej. Nie wierzysz nam? Po prostu spójrz w lustro i uśmiechnij się. Gwarantujemy, że nie będziesz w stanie powstrzymać uśmiechu, ale to akurat dobra wiadomość!

Naukowcy uważają, że śmianie się jest związane z uwalnianiem endorfin czyli hormonów szczęścia. Śmiech zwiększa w naszym mózgu także poziom substancji odpowiedzialnych za dobre samopoczucie. Śmiech daje również przyjemność i redukuje ból. Jeśli nie możesz się śmiać to po prostu udawaj, że to robisz. Śmiech jest bardzo ważny jeśli chodzi o zwiększenie poziomu twojego szczęścia.

 

 

1. Wysypiaj się

12

Jedną z najgorszych rzeczy jaka może negatywnie wpłynąć na poziom naszego szczęścia jest niewystarczająca ilość odpoczynku. Ponadto, niedostateczna ilość snu może być w rzeczywistości bardzo szkodliwa dla naszego zdrowia. Według National Sleep Foundation, 7 godzin snu dziennie to zalecany czas, niezbędny do tego, aby organizm mógł się w pełni zregenerować. Niestety, prawie 50% ludzi śpi na co dzień mniej niż 7 godzin.

Złe nawyki związane z brakiem snu mogą wywoływać poważne skutki uboczne takie jak bezsenność, stres i niepokój. Hormony odpowiedzialne za dobre samopoczucie takie jak serotonina są produkowane w mózgu podczas snu. Ponadto, substancje chemiczne znajdujące się w mózgu, które są powiązane ze szczęściem ulegają całkowitemu zniszczeniu bez odpowiedniej ilości snu.

Aby rozwiązać ten problem, należy wdrożyć rutynę zdrowszego snu. Dobrym pomysłem jest kładzenie się spać każdej nocy o tej samej porze i mądrym wyborem jest także uprawiać często sport. Aktywność fizyczna zmęczy ciało i znacznie łatwiej będzie zapaść w sen. Picie przed snem szklanki ciepłego mleka lub zażywanie melatoniny w postaci suplementu także może pomóc.

Źródło: thepowerofhappy.com, tłumaczenie: Elżbieta Morawska


oceń
0
0

komentarze (0) | dodaj komentarz

czwartek, 28 lipca 2016

Licznik odwiedzin:  200 927  

Kalendarz

« lipiec »
pn wt śr cz pt sb nd
    010203
04050607080910
11121314151617
18192021222324
25262728293031

Wyszukaj

Wpisz szukaną frazę i kliknij Szukaj:

Subskrypcja

Wpisz swój adres e-mail aby otrzymywać info o nowym wpisie:

O moim bloogu

Niecodzienna codzienność - a w niej kobieta matka, córka, żona, kochanka ... i co kto jeszcze chce. Młoda - ciągle młoda - zawsze młoda do końca jego i do końca świata .... Ewa

 ...

więcej...

Niecodzienna codzienność - a w niej kobieta matka, córka, żona, kochanka ... i co kto jeszcze chce. Młoda - ciągle młoda - zawsze młoda do końca jego i do końca świata .... Ewa

 

do ZLP.jpg

schowaj...

Statystyki

Odwiedziny: 200927
Wpisy
  • liczba: 1700
  • komentarze: 1712
Galerie
  • liczba zdjęć: 0
  • komentarze: 0
Bloog istnieje od: 2328 dni

Lubię to

Więcej w serwisach WP

Wiadomości

Bloog.pl