Bloog Wirtualna Polska
Jest 1 181 997 bloogów | losowy blog | inne blogi | zaloguj się | załóż bloga
Kanał ATOM Kanał RSS

" ...A czego Ci cymbale nie wolno powiedzieć ?! " - czyli o wolności słowa

piątek, 05 lutego 2016 13:56

Prof. Nalaskowski do obrońców „wolności słowa”: „Zapytam dosadnie: a czego ci, cymbale, nie wolno powiedzieć ?!

Czy tak wyglądają restrykcje wobec inaczej myślących? Wszak te same prawa mają cykliści blokujący arterie miast, sodomici otuleni parami w tęczowe flagi i każdy, kto chce się zaprezentować ulicznie. Gdzie jest to ograniczenie demokracji, to niszczenie praw?


oceń
0
0

komentarze (0) | dodaj komentarz

Plakacik FLY BY

czwartek, 04 lutego 2016 20:35

 

Zdjęcie, które zośliwie nie chciało wkleić się w poprzednim wpisie ...

Lubię je bardzo bo mogło by być fajnym plakatem reklamowym LOT-u :

 

img932.jpg

 

Szykuję nową książkę poetycką z wierszami i prozą lotniczą ...

Mam nadzieję, że wyjdzie wkrótce  : )

A to fragmencik prozy z tej książki :

 

                                                                                                                                                                                                                  Ewa Zelenay

 

 

Buty

 

Gdybym miała kiedyś opisać dźwięk najczęściej towarzyszący mi podczas wielu lat LOT-owskiego życia, niewątpliwie byłby to stukot obcasów służbowych pantofli.

Czarne czółenka niezmiennie towarzyszyły wszystkim przelatanym latom. Klasyczne, na średnio-wysokim obcasie, im bardziej wycięte i płytsze, tym zgrabniej wyglądały w nich stopy i smuklej nogi.

 

Pantofle wszystkich stewardess świata, wszystkich linii lotniczych, znak rozpoznawczy koleżanek z branży. Zmieniały się mody, mundury, fryzury, makijaże, a czarne pantofle pozostawały niezmienne.

 

Wysychały na rozpalonych chodnikach Emiratów, mokły w ulewnych deszczach Singapuru i Bangkoku, tonęły w puszystych dywanach luksusowych hoteli od Nowego Yorku aż do Tokyo.

 

Moje czarne pantofle zakładałam w przedpokoju przy drzwiach. W szafie stało jeszcze kilka par, starszych i nowszych, bardziej zniszczonych ze startymi plastikowymi flekami i z flekami podbitymi metalem – te były najtrwalsze i stukały najgłośniej.

 

Pantofle niszczyłyśmy w niesamowitym tempie. Kilometry przedreptane tam i z powrotem po pokładzie samolotu powodowały , ze miękka skórka przyjmowała kształt stopy.

 

Nawet jeśli bardzo wygodne, były pierwszą z rozkoszą zrzucaną częścią garderoby na progu hotelowego pokoju, zanim jeszcze postawiłyśmy na podłodze walizkę.

 

Próbowano czasem obdarowywać nas tak zwanymi pantoflami pokładowymi. Bywały to najczęściej okropne klumpy o kaczych nosach, na wygodnym co prawda koturnie, ale gdzie tam im było do czółenek na obcasiku. Noga rozpłaszczała się, traciła wygląd profesjonalno – mundurowy.

 

Nie lubiłyśmy kaczorów i naprawdę musiałyśmy padać ze zmęczenia, żeby rezygnować ze zgrabnych nóg, na które przecież często patrzyli pasażerowie.

 

Tak, historia latania pokładowego – to historia klasycznych czarnych czółenek.

 

Wśród stewardess istniał niepisany ciągły konkurs na najpiękniejsze pantofle do munduru. Mundurówka ubierała nas w „Syrenę” – to znaczy wyrób naszego przodującego w tych czasach producenta obuwia. LOT – czołowy przewoźnik polski, „ Syrena” – czołowy producent obuwia, „ Cora” – czołowy producent pożal się Boże mundurów.

 

Tak więc mundury musiałyśmy nosić takie same, ale pantofle już nie. Naturalnie pobierałyśmy przydziałowe z mundurów ki, ale pod byle pretekstem oddawałyśmy je gosposiom, paniom do dzieci, ciociom lub po prostu lądowały w koszu. Kupowałyśmy sobie nowe.

 

Klasa wyższa to jest szefowe i instruktorki latające do Stanów, Kanady czy Singapuru, przywoziły sobie  drogie z luksusowych sklepów. Niby nic – czarny pantofel, a jakże różnił się od służbowego.

 

Połysk, gatunek skóry, wykończenie, wycięcie, kształt obcasa. To wszystko było nie do podrobienia !

Patrzyłyśmy na założone noga na nogę stopy koleżanek z zazdrością i stalowym postanowieniem, że na pierwszym zagranicznym pobycie kupimy sobie jeszcze lepsze.

I kupowałyśmy, kupowałyśmy czasem ze złotą lub srebrną ozdobą – te były najpiękniejsze choć nie regulaminowe. Ich posiadanie wiązało się z ryzykiem podpadnięcia kierownictwu, a nawet zawrócenia z lotu.

 

Kochane czarne pantofle !. Wybiegałam w nich spiesząc się na lotnisko, moje obcasy nigdy nie stukały wolno, ciągle się spieszyły ...puk...puk...puk...puk ....w rytmie serca.

 

Szybciej, szybciej, bo spóźnię się na lot ...puk...puk...puk....puk !
Wierne towarzyszki podniebnych lotów, nie potrafiłam ich wyrzucać, taka były częścią mojego życia. 

 

 

//////////////////////////////////////////////////////////////////////////////////////////////////////////////////////////

 


oceń
0
0

komentarze (1) | dodaj komentarz

Lataj LOT-em ... czyli trochę wspomnień

czwartek, 04 lutego 2016 20:19

 

 ... LATAJ  LOT-em !

 

Dziś trochę wspomnień ...

 

Znalazłam stare zdjęcia z początków mojego latania ... miałam wtedy 19 lat i tyle radości w sercu ...

 

img933.jpg

 

 

 

img930.jpg

 

 

img931.jpg

 

 

img929.jpg

 

 

img936.jpg

 

img935.jpg

 

 

img937.jpg

 

 

img938.jpg


oceń
0
0

komentarze (0) | dodaj komentarz

Motto: Dajmy świadectwo prawdzie cz. 1

wtorek, 02 lutego 2016 9:56
TYLKO U NAS - nowy smoleński raport polskich naukowców: to był zamach - niezalezna.pl
''/
 
 
Pięciu polskich naukowców - wśród nich prof. Jan Obrębski z Politechniki Warszawskiej, profesor nauk technicznych, wybitny specjalista w zakresie mechaniki - stworzyło raport na temat katastrofy smoleńskiej. Kończy się on stwierdzeniem: "przyczyną katastrofy samolotu Tu-154 M w Smoleńsku mogły być tylko wybuchy wewnątrz konstrukcji".

Raport "Co wiemy o przyczynach Katastrofy Smoleńskiej" współgra - co podkreślają autorzy - z ustaleniami ekspertów smoleńskiego zespołu parlamentarnego Antoniego Macierewicza. Naukowcy często zresztą powołują się na wyniki analiz Kazimierza Nowaczyka, Wiesława Biniendy czy Grzegorza Szuladzińskiego.

Opracowanie rozpoczyna się od zestawienia kontrowersji w sprawie przyczyn katastrofy,czyli rozbieżności między raportem rządowej komisji Millera a ustaleniami niezależnych specjalistów. Zwraca też uwagę na problemy nie do końca jeszcze wyjaśnione, jak np. "niejasne powody, dlaczego w raporcie komisji Millera zrezygnowano z badań symulacyjnych, ogólnie uznawanych jako obiektywne metody badań katastrof lotniczych".

Uczeni stwierdzają m.in.:
 

Przeważająca część Raportu Komisji Millera poświęcona jest arbitralnej ocenie procedur przygotowania i przebiegu lotu oraz sylwetek psychologicznych pilotów itd., podczas gdy zagadnieniom technicznym, najważniejszym dla odtworzenia przyczyn  katastrofy i wniosków końcowych poświęcono  tylko znikomą  uwagę.


Autorzy opracowania analizują również wybrane aspekty katastrofy, np. trajektorię lotu Tu-154 czy manipulacje ze słynną brzozą. Czytamy m.in.:
 

Wnioski podane przez K. Nowaczyka (MKS 2012 r., MKS 2013 r.) wskazują, że:
- duża powierzchnia lewego skrzydła samolotu została oderwana ponad 40 m przed brzozą, po pierwszym wybuchu,
- końcówka lewego skrzydła i fragmenty  jego środkowej części  odpadały  podczas lotu pomiędzy brzozą  i  miejscem TAWS 38; potwierdzają to obliczenia G. A.  Jǿrgensen’a, zapis systemu TAWS i  ekspertyza ATM,  
- opisany przez G. Szuladzińskiego wybuch w kadłubie samolotu miał miejsce w powietrzu – w miejscu TAWS 38, najpóźniej kilkadziesiąt  metrów przed miejscem pierwszego uderzenia samolotu w ziemię (Fot. 4); wtedy zanikło zasilanie wszystkich rejestratorów pokładowych.  


Pod raportem - napisanym bardzo przystępnym językiem, skierowanym do każdego odbiorcy - podpisali się sygnatariusze Konferencji Smoleńskich: prof. dr hab. Włodzimierz  Klonowski, dr nauk matematycznych Ryszard Kopiecki, emerytowany prof. zwyczajny dr hab. inż. Jan B. Obrębski, dr hab. inż. emer. prof. Politechniki Warszawskiej Jan Pawlikowski oraz prof. zw. dr hab. inż. Jacek Rońda.

Całość opracowania można pobrać poniżej.
Załącznik do artykułuWielkość
raport-smol2.doc 1.64 MB
 

 

 

  

Motto:  Dajmy świadectwo prawdzie

 

 

Co wiemy o przyczynach Katastrofy Smoleńskiej

Włodzimierz  Klonowski *1), Ryszard Kopiecki*2), Jan B. Obrębski*3),Jan Pawlikowski*4) , Jacek Rońda*5)

1. Wprowadzenie

 

Jednym z głównych, w chwili obecnej, źródeł informacji na temat różnych aspektów wyjaśnienia przyczyn katastrofy samolotu TU-154M na lotnisku w Smoleńsku 10 kwietnia 2010 r. są referaty przedstawione na trzech Konferencjach Smoleńskich.  Celem tych konferencji było „stworzenie forum dla przedstawienia interdyscyplinarnych badań” dotyczących przyczyny katastrofy samolotu Tu -154M. Pierwsza Konferencja (w 2012 r.) dotyczyła głównie technicznych aspektów katastrofy („mechaniki lotu i mechaniki zniszczenia”). Na kolejnych Konferencjach (drugiej w 2013 r. i trzeciej w 2014 r.) problematyka techniczna została poszerzona o  problemy medyczne, socjologiczne i prawne. Tak więc wyniki analiz przedstawione na wszystkich Konferencjach dają podstawę do naukowej oceny różnych aspektów katastrofy oraz dostępnych materiałów dowodowych. Wyniki te zostały opublikowane w 78 recenzowanych referatach, opracowanych przez autorów reprezentujących środowiska naukowe. Żaden z referatów nie spotkał się z merytoryczną krytyką.

Celem niniejszej publikacji jest analiza i ocena dwóch różnych interpretacji przyczyn Katastrofy Smoleńskiej, przedstawionych w Materiałach Konferencji Smoleńskiej 1),,2) oraz w Raporcie Komisji Millera 3). Według autorów referatów Konferencji Smoleńskich, zniszczenie samolotu nastąpiło na skutek wcześniejszych wybuchów jakie wystąpiły wewnątrz samolotu na wysokości około 35 nad ziemią i utraty sterowności. Według  Raportu Komisji Millera w pełni technicznie sprawny  samolot Tu-154M rozbił się w wyniku uderzenia o ziemię. Pierwsza opinia znajduje potwierdzenie w wynikach badań naukowych a druga (wg jej autorów „ekspercka”) ustalona głównie na podstawie kopii zapisów czarnych skrzynek, rejestratorów lotu udostępnionych przez stronę rosyjską oraz fragmentarycznych wizji lokalnych, jest całkowicie niezgodna z podstawowymi prawami fizyki.

…………………………………………………………………………………………………………………………………………………………….

*) Autorzy są sygnatariuszami Konferencji Smoleńskich : *1)  prof. dr hab.., *2) dr  n. matem., *3) emer. prof. zw. dr hab. inż., *4) dr hab. inż. emer. prof. Pol. Warsz.,  *5) prof. zw. dr hab. inż.,

1)Dorobek konferencji smoleńskich został opublikowany w trzech tomach  Materiałów Konferencyjnych z roku  2012, 2013 i 2014,   dostępnych w bibliotekach uczelni technicznych oraz instytutów naukowych,  na stronie internetowej www.konferencjasmolenska.pl , a    częściowo także na łamach niezależnych tygodników,

2)  Interpretacja ta podzielana jest także przez Zespół Parlamentarny opublikowany na stronie internetowej WWW.smolenskzespol.

Sejm.gov.pl

3) Opublikowany w 2011 r. na stronie internetowej, www.Raport Millera.pl

2. Istota kontrowersji w sprawie przyczyn katastrofy

 

 

Ponieważ cały art nie chcia się wkleić to podzieliłam wpis na 2 części ... cały dokument mozna znaleźć pod poniższym linkiem:



Załącznik do artykułuWielkość
raport-smol2.doc
  •  

 

 



 

 


oceń
0
0

komentarze (0) | dodaj komentarz

Dom, domek, domuś ....

niedziela, 31 stycznia 2016 12:24


Zdjęcie użytkownika Małgorzata Kulina.

 

oceń
1
0

komentarze (0) | dodaj komentarz

Bóg i nauka ....czyli czy istnieje Bóg ?

sobota, 30 stycznia 2016 8:51

 

Witajcie !  Dziś zabawna anegdota ukradziona z FB do pomyślenia przy sobotniej porannej kawie.... Historia wydarzyła się naprawdę a jej bohaterem był sam .... (!!! )

ale o tym przeczytajcie :

 

 

Mirosław Bachara udostępnił zdjęcie użytkownika Artur Pinkowski.
10 godz. · 
 

... wielokrotnie czytam tę anegdotę, zawsze z tym samym napięciem i wewnętrznym ciepłem ...

 
 
Zdjęcie użytkownika Artur Pinkowski.
 
 

Niewierzący profesor filozofii stojąc w audytorium wypełnionym studentami zadaje pytanie jednemu z nich:


- Jesteś chrześcijaninem synu, prawda?


- Tak, panie profesorze.


- Czyli wierzysz w Boga.


- Oczywiście.


- Czy Bóg jest dobry?


- Naturalnie, że jest dobry.


- A czy Bóg jest wszechmogący? Czy Bóg może wszystko?


- Tak.


- A Ty - jesteś dobry czy zły?


- Według Biblii jestem zły.


Na twarzy profesora pojawił się uśmiech wyższości 


- Ach tak, Biblia!


A po chwili zastanowienia dodaje:


- Mam dla Ciebie pewien przykład. Powiedzmy że znasz chorą I cierpiącą osobę, którą możesz uzdrowić. Masz takie zdolności. Pomógłbyś tej osobie? Albo czy spróbowałbyś przynajmniej?


- Oczywiście, panie profesorze.


- Więc jesteś dobry...!


- Myślę, że nie można tego tak ująć.


- Ale dlaczego nie? Przecież pomógłbyś chorej, będącej w potrzebie osobie, jeśli byś tylko miał taką możliwość. Większość z nas by tak zrobiła. Ale Bóg nie.


Wobec milczenia studenta profesor mówi dalej 


- Nie pomaga, prawda? Mój brat był chrześcijaninem i zmarł na raka, pomimo że modlił się do Jezusa o uzdrowienie. Zatem czy Jezus jest dobry? Czy możesz mi odpowiedzieć na to pytanie?


Student nadal milczy, więc profesor dodaje 


- Nie potrafisz udzielić odpowiedzi, prawda? 


Aby dać studentowi chwilę zastanowienia profesor sięga po szklankę ze swojego biurka i popija łyk wody.


- Zacznijmy od początku chłopcze. Czy Bóg jest dobry?


- No tak... jest dobry.


- A czy szatan jest dobry?


Bez chwili wahania student odpowiada 


- Nie.


- A od kogo pochodzi szatan?


Student aż drgnął:


- Od Boga.


- No właśnie. Zatem to Bóg stworzył szatana. A teraz powiedz mi jeszcze synu - czy na świecie istnieje zło?


- Istnieje panie profesorze ...


- Czyli zło obecne jest we Wszechświecie. A to przecież Bóg stworzył Wszechświat, prawda?


- Prawda.


- Więc kto stworzył zło? Skoro Bóg stworzył wszystko, zatem Bóg stworzył również i zło. A skoro zło istnieje, więc zgodnie z regułami logiki także i Bóg jest zły.


Student ponownie nie potrafi znaleźć odpowiedzi..

 

- A czy istnieją choroby, niemoralność, nienawiść, ohyda? Te wszystkie okropieństwa, które pojawiają się w otaczającym nas świece?


Student drżącym głosem odpowiada 


- Występują.


- A kto je stworzył?


W sali zaległa cisza, więc profesor ponawia pytanie 


- Kto je stworzył?


Wobec braku odpowiedzi profesor wstrzymuje krok i zaczyna się rozglądać po audytorium. Wszyscy studenci zamarli.


- Powiedz mi - wykładowca zwraca się do kolejnej osoby 


- Czy wierzysz w Jezusa Chrystusa synu?


Zdecydowany ton odpowiedzi przykuwa uwagę profesora:


- Tak panie profesorze, wierzę.


Starszy człowiek zwraca się do studenta:


- W świetle nauki posiadasz pięć zmysłów, które używasz do oceny otaczającego cię świata. Czy kiedykolwiek widziałeś Jezusa?


- Nie panie profesorze. Nigdy Go nie widziałem.


- Powiedz nam zatem, czy kiedykolwiek słyszałeś swojego Jezusa?


- Nie panie profesorze..


- A czy kiedykolwiek dotykałeś swojego Jezusa, smakowałeś Go, czy może wąchałeś? Czy kiedykolwiek miałeś jakiś fizyczny kontakt z Jezusem Chrystusem, czy też Bogiem w jakiejkolwiek postaci?


- Nie panie profesorze.. Niestety nie miałem takiego kontaktu.


- I nadal w Niego wierzysz?


- Tak.


- Przecież zgodnie z wszelkimi zasadami przeprowadzania doświadczenia, nauka twierdzi że Twój Bóg nie istnieje... Co Ty na to synu?


- Nic - pada w odpowiedzi - mam tylko swoją wiarę.


- Tak, wiarę... - powtarza profesor - i właśnie w tym miejscu nauka napotyka problem z Bogiem. Nie ma dowodów, jest tylko wiara.


Student milczy przez chwilę, po czym sam zadaje pytanie:


- Panie profesorze - czy istnieje coś takiego jak ciepło?


- Tak.


- A czy istnieje takie zjawisko jak zimno?


- Tak, synu, zimno również istnieje.


- Nie, panie profesorze, zimno nie istnieje.


Wyraźnie zainteresowany profesor odwrócił się w kierunku studenta.


Wszyscy w sali zamarli. Student zaczyna wyjaśniać:


- Może pan mieć dużo ciepła, więcej ciepła, super-ciepło, mega ciepło, ciepło nieskończone, rozgrzanie do białości, mało ciepła lub też brak ciepła, ale nie mamy niczego takiego, co moglibyśmy nazwać zimnem.

Może pan schłodzić substancje do temperatury minus 273,15 stopni Celsjusza (zera absolutnego), co właśnie oznacza brak ciepła - nie potrafimy osiągnąć niższej temperatury. Nie ma takiego zjawiska jak zimno, w przeciwnym razie potrafilibyśmy schładzać substancje do temperatur poniżej 273,15stC.

Każda substancja lub rzecz poddają się badaniu, kiedy posiadają energię lub są jej źródłem. Zero absolutne jest całkowitym brakiem ciepła. Jak pan widzi profesorze, zimno jest jedynie słowem, które służy nam do opisu braku ciepła.

Nie potrafimy mierzyć zimna. Ciepło mierzymy w jednostkach energii, ponieważ ciepło jest energią. Zimno nie jest przeciwieństwem ciepła, zimno jest jego brakiem.


W sali wykładowej zaległa głęboka cisza. W odległym kącie ktoś upuścił pióro, wydając tym odgłos przypominający uderzenie młota.


- A co z ciemnością panie profesorze? Czy istnieje takie zjawisko jak ciemność?


- Tak - profesor odpowiada bez wahania - czymże jest noc jeśli nie ciemnością?


- Jest pan znowu w błędzie. Ciemność nie jest czymś, ciemność jest brakiem czegoś.

Może pan mieć niewiele światła, normalne światło, jasne światło, migające światło, ale jeśli tego światła brak, nie ma wtedy nic i właśnie to nazywamy ciemnością, czyż nie? Właśnie takie znaczenie ma słowo ciemność. W rzeczywistości ciemność nie istnieje. Jeśli istniałaby, potrafiłby pan uczynić ją jeszcze ciemniejszą, czyż nie?


Profesor uśmiecha się nieznacznie patrząc na studenta. Zapowiada się dobry semestr.


- Co mi chcesz przez to powiedzieć młody człowieku?


- Zmierzam do tego panie profesorze, że założenia pańskiego rozumowania są fałszywe już od samego początku, zatem wyciągnięty wniosek jest również fałszywy.


Tym razem na twarzy profesora pojawia się zdumienie:


- Fałszywe? W jaki sposób zamierzasz mi to wytłumaczyć?


- Założenia pańskich rozważań opierają się na dualizmie - wyjaśnia student 
- twierdzi pan, że jest życie i jest śmierć, że jest dobry Bóg i zły Bóg.

Rozważa pan Boga jako kogoś skończonego, kogo możemy poddać pomiarom. Panie profesorze, nauka nie jest w stanie wyjaśnić nawet takiego zjawiska jak myśl.

Używa pojęć z zakresu elektryczności i magnetyzmu, nie poznawszy przecież w pełni istoty żadnego z tych zjawisk.

Twierdzenie, że śmierć jest przeciwieństwem życia świadczy o ignorowaniu faktu, że śmierć nie istnieje jako mierzalne zjawisko.

Śmierć nie jest przeciwieństwem życia, tylko jego brakiem.

A teraz panie profesorze proszę mi odpowiedzieć Czy naucza pan studentów, którzy pochodzą od małp?


- Jeśli masz na myśli proces ewolucji, młody człowieku, to tak właśnie jest.


- A czy kiedykolwiek obserwował pan ten proces na własne oczy? 


Profesor potrząsa głową wciąż się uśmiechając, zdawszy sobie sprawę w jakim kierunku zmierza argumentacja studenta. Bardzo dobry semestr, naprawdę.

- Skoro żaden z nas nigdy nie był świadkiem procesów ewolucyjnych I nie jest w stanie ich prześledzić wykonując jakiekolwiek doświadczenie, to przecież w tej sytuacji, zgodnie ze swoją poprzednią argumentacją, nie wykłada nam już pan naukowych opinii, prawda? Czy nie jest pan w takim razie bardziej kaznodzieją niż naukowcem?


W sali zaszemrało. Student czeka aż opadnie napięcie.


- Żeby panu uzmysłowić sposób, w jaki manipulował pan moim poprzednikiem, pozwolę sobie podać panu jeszcze jeden przykład - student rozgląda się po sali 


- Czy ktokolwiek z was widział kiedyś mózg pana profesora?


Audytorium wybucha śmiechem.


- Czy ktokolwiek z was kiedykolwiek słyszał, dotykał, smakował czy wąchał mózg pana profesora? Wygląda na to, że nikt. A zatem zgodnie z naukową metodą badawczą, jaką przytoczył pan wcześniej, można powiedzieć, z całym szacunkiem dla pana, że pan nie ma mózgu, panie profesorze.

Skoro nauka mówi, że pan nie ma mózgu, jak możemy ufać pańskim wykładom, profesorze?


W sali zapada martwa cisza. Profesor patrzy na studenta oczyma szerokimi z niedowierzania. Po chwili milczenia, która wszystkim zdaje się trwać wieczność profesor wydusza z siebie:


- Wygląda na to, że musicie je brać na wiarę.


- A zatem przyznaje pan, że wiara istnieje, a co więcej - stanowi niezbędny element naszej codzienności. A teraz panie profesorze, proszę mi powiedzieć, czy istnieje coś takiego jak zło?


Niezbyt pewny odpowiedzi profesor mówi 


- Oczywiście że istnieje.Dostrzegamy je przecież każdego dnia. Choćby w codziennym występowaniu człowieka przeciw człowiekowi. W całym ogromie przestępstw i przemocy obecnym na świecie. Przecież te zjawiska to nic innego jak właśnie zło.


Na to student odpowiada:


- Zło nie istnieje panie profesorze, albo też raczej nie występuje jako zjawisko samo w sobie. Zło jest po prostu brakiem Boga. Jest jak ciemność i zimno, występuje jako słowo stworzone przez człowieka dla określenia braku Boga.

Bóg nie stworzył zła. Zło pojawia się wmomencie, kiedy człowiek nie ma Boga w sercu. Zło jest jak zimno, które jest skutkiem braku ciepła i jak ciemność, która jest wynikiem braku światła.


Profesor osunął się bezwładnie na krzesło.

 

..............................................

 

Tym drugim studentem był Albert Einstein. Einstein napisał książkę zatytułowaną "Bóg a nauka" w roku 1921.

 

oceń
1
0

komentarze (2) | dodaj komentarz

Gdy budzą się demony ...

piątek, 29 stycznia 2016 22:08

 

GDY BUDZĄ SIĘ DEMONY…

 

 Dziś chciałbym opowiedzieć o kolejnym filmie, którego próżno szukać na kinowych ekranach. Co ciekawe, jest to obraz wyreżyserowany przez człowieka, który daje gwarancję dobrego kina, a mimo to, film spowija tajemnicze milczenie. Dla starszych i rozumiejących pewne mechanizmy, to oczywiste, iż niezależnie od siedziby aktualnie wielbionego tronu, czy to w Moskwie, czy Brukseli, tematy tabu pozostają tożsame. Tu więc należy szukać przyczyn. Młodszym potrzebne będzie wyjaśnienie. Paradoksalnie, bardzo to dobrze dla tego filmu, że obłożono go zakazem. Bo nic tak nie przyciąga uwagi ludzi, jak właśnie owoc zakazany. Mimowolnie więc, decydenci „polscy” tkwiący w okowach politycznej poprawności, zamilczając ów film, stają się jego największymi propagatorami. Mechanizm ten znamy już zresztą z czasów PRL, kiedy to najbardziej nieprawomyślne, zdaniem władzy, filmy cieszyły się największą popularnością. I jest to jedyny pozytyw tego, że „animatorzy kultury” w naszym kraju niezmiennie od lat liżą stopy i trochę wyższe partie ciał swym mocodawcom.

 

Po tym długim wprowadzeniu, pora ujawnić już tytuł owego dzieła. W oryginale – „There Be Dragons”, tłumaczony w Polsce, jako „Tam, gdzie budzą się demony”. Jakkolwiek tłumaczenie nie jest może idealne, to myślę, że dobrze oddaje zamysł jego twórcy, którym w tym przypadku był Roland Joffe. Tak, to znany Państwu reżyser takich filmów, jak „Projekt Manhattan”, „Pola śmierci”, czy słynna „Misja”. Joffe wyjaśniając genezę tytułu tłumaczył, że na średniowiecznych mapach świata, od których to zbliżeń zaczyna się zresztą sam film, nieznane terytoria opisywane były łacińskimi słowami „Hic Sunt Dragonem”, czyli „tu żyją smoki”.

 

 Jako, że fabuła filmu osadzona jest w realiach hiszpańskiej wojny domowej lat 1936-1939,  reżyser tworząc film o tak trudnej i skomplikowanej tematyce, odwołał się właśnie do terytoriów zamieszkanych przez mitologiczne, nieznane i okropne smoki. Demony, przywołane przez tłumacza polskiego, uważam za równie trafne, o ile nie celniejsze nawet określenie mieszkańców owej „terra incognita”, jaką od zawsze pozostaje ludzka psychika z jej nie poznanymi, mrocznymi zakamarkami.

 

 Jest to film fabularny w koprodukcji hiszpańsko-argentyńsko-amerykańskiej. O czym dokładnie traktuje? Toczy się dwutorowo, częściowo w czasach obecnych, jednak głównie nawiązując do lat owej hiszpańskiej wojny domowej. Ukazuje młodego dziennikarza, któremu pracodawca zlecił napisanie książki o przeszłości jednego z byłych przyjaciół jego ojca. Problem w tym, że relacje dziennikarza z, umierającym właśnie ojcem, są od wielu już lat fatalne. Aby wykonać zadanie, bohater filmu musi pokonać swe uprzedzenia, zajrzeć w świat, którego dotąd unikał, sięgnąć do miejsc, w których kryją się demony przeszłości, zarówno jego własnej, jak i jego ojca.

 

 Natomiast rzeczywistym bohaterem filmu jest Josemaría Escrivá, założyciel Opus Dei, kanonizowany przez Jana Pawła II w roku 2002. Film, opierając się na fikcyjnej historii dziennikarza, pokazuje Hiszpanię lat 30. z  całym jej dramatyzmem ówczesnego faszyzmu, komunizmu i okrutnej wojny z Kościołem. Widzimy w nim drogę późniejszego świętego, jaką pokonał od lat dziecięcych, by powołać do życia w roku 1928 personalną prałaturę Kościoła, nazwaną Boże Dzieło. Film wyraźnie odsłania przed widzem swe główne przesłanie, tożsame z zadaniem Opus Dei, polegającym na głoszeniu, iż życie codzienne i praca stwarzają najlepszą okazję służenia ludziom, społeczeństwu i samemu Bogu.

 

 Co ciekawe, kiedy sięgam pamięcią wstecz, do opisywanego przeze mnie wcześniej filmu „Cristiada”, znajduję wiele wspólnych wątków dla obu tych produkcji. Ich akcja toczy się w krajach hiszpańskojęzycznych, będących w świecie współczesnym uosobieniem państw katolickich. Szatan musiał w nich sięgnąć po najgorsze zbrodnie, by podjąć walkę z wiarą. Ale nie przemógł. W Hiszpanii zrujnował ponad 2000 świątyń, wymordował kilkanaście tysięcy duchownych i kilkadziesiąt tysięcy wiernych. Ofiary szatańskich mordów były torturowane, grzebane żywcem, zakonnice gwałcono, a zwłoki bezczeszczono. Obudziły się demony, ale Kościoła szatan przemóc nie zdołał. W żadnym z tych krajów i w żadnym z ich  społeczeństw.

 

 W obydwu filmach reżyserami są znani i, co ważniejsze, uznani na całym świecie, twórcy. Oba powstały też w ostatnich dosłownie miesiącach. Film pokazano w Niemczech już 12 lutego 2011 roku, podczas Międzynarodowego Festiwalu Filmowego w Berlinie. Natomiast hiszpańska premiera miała miejsce 25 marca 2011 roku.

 

 Również w marcu, na prywatnym pokazie w papieskim North American College w Rzymie, obejrzało go blisko 150 osób, w tym 11 kardynałów, księża, ambasadorowie i przedstawiciele wielu wspólnot katolickich.

 

 W obu tych filmach znajdujemy doskonałą obsadę. Przy budżecie 35 milionów dolarów nie obawiano się zatrudnić i w tym obrazie znanych aktorów. W postać księdza Josemarii wcielił się Brytyjczyk, Charlie Cox, znany nam z filmów „Kupiec Wenecki”, „Casanova” czy „Gwiezdny pył”. Inne role odtwarzają między innymi Wes Bentley znany z „American Beauty” i „Ceny Honoru”, Olga Kurylenko, występująca w filmach „W skórze węża”, „Hitman” czy bondowskim „Quantum Of Solace”, wspaniała Geraldine Chaplin u nas pamiętana z ról w takich przebojach, jak „Wiek niewinności”, „Nakarmić kruki”, „Trzej muszkieterowie”, „Mrożony peppermint” i „Doktor Żywago”. W filmie gra również Derek Jacobi, aktor z uzyskanym za swą pracę dla teatru tytułem szlacheckim, znany z udziału w takich obrazach, jak „Dzień Szakala”, „Ja, Klaudiusz” czy „Jak zostać królem”. Na ekranie pojawił się też Dougray Scott, którego widzieliśmy w „Dniu Zagłady” oraz „Mission: Impossible II”.  Przejmująco swą rolę odtworzyła irańska aktorka Golshifteh Farahani. W filmie gra także Rodrigo Santoro, którego mieliśmy okazję widzieć w filmach „Aniołki Charliego”, „300” oraz „I Love You Phillip Morris”.

 

 Muzykę do filmu skomponował sam Ennio Morricone. Dystrybucją zajmuje się firma Sony Pictures Entertainment. Zdjęcia rozpoczęły się w czerwcu 2009 roku w Argentynie, a potem były kontynuowane w Hiszpanii. Producentem filmu jest zresztą właśnie Hiszpan Ignacio Gómez Sancha.

 

 W Polsce projekcja kinowa była odkładana wielokrotnie, aż do jej… ostatecznego odwołania przed zapowiadaną na 15 czerwca 2012 roku premierą, o czym, jak zapewnił operujący na naszym rynku dystrybutor Monolith Films, zdecydowały kwestie biznesowe (!). Warto tu wspomnieć, że jeszcze w kwietniu 2012 roku, Joffe był w Krakowie na polskim pokazie filmu, który odbył się w ramach festiwalu filmowego Off Plus Camera.

 

 Jak możemy przeczytać na jednym z portali („Polacy nie zobaczą filmu o Opus Dei. „Zdecydowały kwestie biznesowe”- mówi naszemu portalowi dystrybutor filmu”, http://wpolityce.pl, Ł. Adamski, 28/05/2012):

 

 „Okazuje się, że film został wycofany z dystrybucji. Dystrybutor w rozmowie z portalem wPolityce.pl przekonuje, że chodzi wyłącznie o kwestie biznesowe, a nie ideologiczne. To podobno jedyna przyczyna decyzji Monolith Films. Szkoda, że Polacy nie obejrzą porządnego filmu Joffe. Jest to świadectwo wielkiej wiary, która zwycięża przemoc.

 

 „W ‘Gdy budzą się demony’ chciałem opowiedzieć o tym, co to znaczy być człowiekiem, czym są miłość i przebaczenie. To także film o podjęciu kluczowego dla naszego życia wyboru. Dawni koledzy z seminarium, Josemaria i Manolo - postać fikcyjna, w chwili wybuchu wojny domowej w 1936 r. stają po dwóch stronach barykady. Escriva opowiada się za pogłębianiem życia duchowego, a Manolo przyłącza się do faszystowskiej Falangi, wybierając politykę, pożądanie i przemoc. Ale według mnie nie można podejmować właściwych wyborów pod presją, nie będąc wolnym”  - mówił w wywiadzie dla „Uważam Rze” reżyser filmu.

 

 Polacy jednak będą musieli poczekać na premierę filmu na DVD. W świetle ostatnich barbarzyńskich ataków na Kościół jest to smutna wiadomość. „There Be Dragons” opowiada o dziennikarzu prowadzącym dochodzenie w sprawie zmarłego właśnie Josemaríi Escrivá de Balaguera, z którym zaprzyjaźniony był jego ojciec, który jako agent armii generała Franco rozbijał od wewnątrz komunistów. Obraz Rolanda Joffe, skupia się nie tylko na przedstawieniu wyważonego obrazu wojny domowej w Hiszpanii z lat 1936-39, ale również kładzie nacisk na ogromną siłę wiary założyciela Opus Dei oraz wielkości Jezusowego przesłania. Ten film naprawdę dotyka serc, nie tylko z powodu pokazania siły przyjaźni czy prawdziwego chrześcijańskiego uniżenia, ale również z uwagi na antykomunistyczny wydźwięk. Widać to dobrze m.in. we wstrząsającej scenie egzekucji księdza czy obrazie brutalnego potraktowania w metrze samego Escrivy, którego z opresji ratuje motorniczy.

 

 Scena szyderstwa z duchownego, plucia na niego, szturchania z pewnością spodobałaby się „młodym wykształconym spod krzyża” na Krakowskim Przedmieściu. Na ekranie widać te same „argumenty” i taką samą nienawiść w oczach, którą widzieliśmy na filmie duetu Stankiewicz - Pospieszalski. Ta scena przypomina, że w Hiszpanii również zaczęło się od prostackiego szyderstwa z czarnych…. (podkr. smk)

 

 Wojna domowa w Hiszpanii i rządy Franco są jednym z najbardziej zakłamanych okresów w historii XX wieku. Tę propagandę można porównać chyba tylko z kłamstwami na temat Piusa XII. Wynika to oczywiście nie tylko z mitów wytworzonych przez wielkich światowych artystów, takich jak Ernest Hemingway czy Picasso, ale również ignorancji historycznej coraz większej liczby ludzi. W pojęciu większości Amerykanów czy Europejczyków wojna w Hiszpanii w latach 1936-39 jawi się jako starcie postępowych, liberalno-lewicowych sił z faszystami, wspieranymi przez Hitlera. Dziś w ten konflikt wpisuje się bardzo chętnie dzieło Escrivy. Film Joffe w wielkim stopniu odkłamuje czarną legendę zarówno wojny domowej,  jak i Opus Dei. Niestety wizerunek „Dzieła” będzie wciąż naznaczony absurdalnym „Kodem da Vinci”. Miejmy nadzieję, że dystrybutor wypuści film na DVD. Opus Dei zasługuje na rzetelne opowiedzenie swojej historii. Hollywoodzki film Joffe robi to znakomicie i idealnie niszczy antyklerykalną propagandę, która zagościła również w naszym kraju.”

 

 Wydaje się, że piszący powyższe słowa dziennikarz Łukasz Adamski wyjątkowo trafnie zdiagnozował powody, dla których ów film nie znalazł się w polskich kinach. Porównanie wyczynów barbarzyńskiej tłuszczy madryckiej z dokonaniami warszawskiej hołoty pod przewodnictwem podobnych ideowo alfonsów nowej, świeckiej tradycji, stojących na czele frontu walki z czarnosecinnym zaściankiem, nie kojarzyłoby się właściwie. Zbyt wyraźnie wskazywałoby tym, którzy jeszcze mieli wątpliwości, jaka swołocz stała w jednym i drugim przypadku, po stronie wyzwolonych, nowoczesnych, oddających mocz na znicze tu i strzelających księżom w głowy tam, bandytów.  Ot, cała tajemnica.

 

 Mówi jednak ona i o tym, że sternicy dzisiejszej polityki doskonale zdają sobie sprawę z możliwych porównań, i dlatego ten film blokują. Idąc dalej tym tokiem rozumowania, można przyjąć za pewnik, że na tyle bystrze rozumujący nasi umiłowani przywódcy, muszą doskonale wiedzieć, jak wyglądają smoki. I boją się ich widoku. A to, wbrew pozorom, dobry omen. Bo pokazuje, że nie są jakimiś nawiedzonymi satanistami, przeświadczonymi o słuszności swych działań, a tylko zwykłymi sprzedawczykami, mającymi świadomość odpowiedzialności za swe niegodziwe czyny. Odpowiedzialności, która wcześniej czy później, zapuka do ich drzwi.

 

 Pokazuje wyraźnie, że zniesiona, jako pierwsza i dla spokoju ich działań najważniejsza, przed tak zwaną transformacją kara - kara śmierci, wciąż się odzywa w ich koszmarnych snach dźwiękiem otwieranej z hukiem, zapadni. A cóż takiego zagrożone było zawsze najwyższą karą? Zdrada stanu, najgorsza ze zbrodni, przestępstwo wymierzone we własny naród. Zniesienie tej kary świadczy również o tym, że jedyni na tym zyskujący, działali od samego początku z premedytacją, zakładając w przyszłości zdradzanie własnego państwa i rozmyślne działanie na jego szkodę. Stąd ich wściekły klangor, podnoszony cyklicznie, również ostatnio, w obronie tej „europejskiej” wartości, jaką jest brak kary głównej dla nich właśnie. Bo, przecież nie chodzi im o zwyrodniałych morderców, a o kolegów i własne rodziny.

 

 Przykład ich wspólnika, dyktatora Nicolae Ceausescu, na początku ich drogi zdrajców, dał im z pewnością do myślenia. Rumuńska tłuszcza, sterowana przez tamtejszą wojskówkę, rozwaliła go dla przykładu, by reszta tej międzynarodowej szajki wiedziała, co ją może czekać w przyszłości i kto o tym decyduje. Była to zbrodnia założycielska przyszłej demokracji „Europy wyzwolonej” z okowów demokracji ludowej. Z tego powodu już od ćwierć wieku obowiązuje swoista dintojra, cicha zmowa tego przestępczego półświatka. Dlatego tak zajadle zaatakowały ostatnio usłużne szakale reżysera Grzegorza Brauna mówiącego o zasłużonej i jedynej możliwej karze dla zdrajców państwa polskiego. Przewrotność i bandycki cynizm pozwalają im rzucać się z kłami oszczerstw na prawdziwego Polaka, by odwrócić sens znaczenia słów takich jak prawość, patriotyzm i polskość. Bo boją się o swoje szyje. I mają rację, powinni się bać. Zdrada główna karana może być tylko w jeden sposób. Jeśli do steru władzy w Polsce dojdzie kiedykolwiek jakakolwiek opcja nie skażona zdradą okrągłego żłobu, naturalną koleją rzeczy będzie rozliczenie tej najgorszej, antypolskiej hydry.

 

 Zdrajcy sądzili, że różne wajdy, kuce i inne pasikowskie będą gwarantami usypiania narodowego zaścianka, tumanienia Polaków, dodatkowo wspieranymi własnymi telewizjami, gazetami i stacjami radiowymi, corocznymi galami, nagrodami i ogólnie mówiąc – igrzyskami dla głupiej gawiedzi, na której zresztą przy tej okazji, dodatkowo zarabiać można miliony złotych. Jaka to jest mentalność, to wiedzą dziś już wszyscy, nie trzeba jej nawet po imieniu nazywać. Ale na szczęście, cała ta hucpa obliczona jest według innych, dla Polaków obcych założeń, nie mogących trafić w polskie, patriotyczne i katolickie, na ogół, dusze. Ta cała koncepcja, nieźle nawet pomyślana, zajmująca zmysły chwilowo, jak wszystko, co nowe, runąć jednak musi. Bo nie jest polska. I z polskim myśleniem niewiele ma wspólnego. Polacy nie chcą już oglądać idiotyzmów. Chcą prawdy, prawdziwego radia, prawdziwej telewizji i prawdziwego kina. Dlatego tak ogromną popularnością cieszą się wszelkiego rodzaju spotkania z twórcami drugiego obiegu, kiermasze dobrych książek, pokazy filmów organizowane, niczym w latach komuny, w parafialnych ośrodkach i lokalnych domach kultury. Naród ma dosyć. (...)

 

Ksiądz Clavell, doradca omawianego tu filmu, osobisty przyjaciel księdza Josemarii, mówił,  że ponieważ Escriva miał porywczy temperament, jego zdolność do przebaczenia była niemal aktem heroizmu. Przypomniał zdarzenie, gdy po wojnie domowej w Hiszpanii, pewien taksówkarz powiedział założycielowi Opus Dei, że szkoda, iż nie zabili go razem z innymi księżmi. W reakcji na te słowa Josemaría dał kierowcy duży napiwek i odpowiedział, żeby kupił swym dzieciom jakiś prezent.

 

 Ja niestety nie jestem godnym uczniem księdza Escrivy. I nigdy nie będę. Wolny jestem od tak pojmowanego heroizmu. Ja nawołuję do wpisywania na listę zdrady narodowej wszystkich tych, którzy zaprzedali się diabłu na Krakowskim Przedmieściu wyzywając i bijąc prawych Polaków, plując na modlące się Polki, gasząc znicze zapalane dla upamiętnienia elity Państwa Polskiego przez polskich harcerzy, spadkobierców Szarych Szeregów. Namawiam do notowania w narodowej księdze hańby nazwisk złodziei majątku narodowego, zdrajców Narodu Polskiego, zaprzańców nawołujących do likwidacji Krzyża. To nie jest mowa nienawiści. To wezwanie do elementarnej przyzwoitości wobec samych siebie i zachowania twarzy w świetle przyszłych pytań, które kiedyś zadadzą nam nasze dzieci. Jeśli dziś nie możemy jeszcze nic zrobić w imię obrony najważniejszych wartości, znaczmy przynajmniej te bestie i smoki w naszej zbiorowej pamięci, by w nieodległej przyszłości miały szansę zadośćuczynienia i pokuty. By właśnie wtedy nie zaczęły budzić się demony! Tak nam dopomóż Bóg!

 

 Sławomir M. Kozak

 

///


oceń
0
0

komentarze (3) | dodaj komentarz

Królowa z trzema nogami a sprawa demokracji ...

czwartek, 28 stycznia 2016 23:42

 

 Sylwia Gołecka‎  na portalu Andrzej Duda- Nasz Prezydent opublikowała ciekawy komentarz, długi, ale wart uwagi, cytuję z internetu: 

 

Tu w Anglii, nie mogli zrozumieć, o co mi chodzi z tą polską demokracją, więc im opowiedziałem taką bajeczkę:

 

Wyobraźcie sobie, że Rosjanie podczas II wojny mordują skrytobójczo kilkadziesiąt tysięcy Waszych jeńców, nie przyznają się do tego i zwalają winę na Niemców.

 

Po latach prawda wychodzi na jaw, a królowa, wraz z całym sztabem generalnym, szefem Banku Anglii, szefami najważniejszych instytucji państwowych iarcybiskupem Canterbury leci w rocznicę tego mordu do Rosji, żeby uczcić pamięć pomordowanych brytyjskich żołnierzy.

 

Tam samolot królowej rozbija się w niewyjaśnionych okolicznościach.

 

Rząd nie tylko nie podaje się do dymisji, ale powierza śledztwo Rosjanom, którzy ogłaszają, że do sterów dorwała się królowa wraz z naczelnym dowódcą lotnictwa i po pijaku rozbili samolot.

 

Rząd angielski potwierdza tę wersję, BBC i Reuter w komentarzach przypominają ogólnie przedtem znaną lekkomyślność i pychę królowej oraz jej zamiłowanie do ginu, wytykają angielskim pilotom nieudolność i braki w wyszkoleniu, ubolewają nad degrengoladą moralną rodziny królewskieje i pijaństwem w siłach zbrojnych, a w lotnictwie w szczególności;

 

Jednocześnie Parlament rekomenduje ministra obrony narodowej do Izby Lordów, a premier składa wniosek o awansowanie szefa Intelligence Service na generała dywizji.

 

Nie ma najmniejszego znaczenia, że w sprowadzonej do Wielkiej Brytanii, a zaplombowanej przez Rosjan trumnie królowa ma trzy nogi i jest ubrana we frak i męskie kalesony

(niektóre tabloidy nawet nawołują z tego powodu do odmówienia królowej prawa do godziwego pochówku i sugerują, z królowa miała skrywane inklinacje transseksualne),

 

Niektóre ofiary maja po dwie cudze wątroby zamiast jednej własnej, inne kupę śmieci w brzuchu…

 

Nieważne, że cały teren katastrofy zaorano i pokryto betonowymi płytami, ślady zatarto, drzewa wycięto w pień, a wrak samolotu zniszczono i umyto, a na dodatek Rosjanie odmawiają jego zwrotu.

 

Rząd angielski jest tym wszystkim zachwycony, wysyła w świat komunikaty o znacznej poprawie stosunków z Rosją, katastrofę nazywa punktem zwrotnym tych stosunków i nowym otwarciem na dialog z narodem rosyjskim i potwierdza oficjalnie przy każdej okazji, że winę ponosi pijana królowa z trzema nogami.

 

Przez dwa tygodnie nikt ze mną nie rozmawiał, wszyscy się odsuwali, jak od zadżumionego.

Po dwóch tygodniach, jeden z Anglikow mnie przeprosił. Powiedział, że myśleli, że jestem chory psychicznie i mnie izolowali.

 

Ale zapytali innego Polaka, który im potwierdził to, co mówiłem, a jeszcze inny Anglik sprawdził sobie w Internecie hasło Katyń i Smoleńsk.

 

Stwierdzili, że nie mieli pojęcia, że coś takiego jest w Europie możliwe ( !!! )

 

 

oceń
0
0

komentarze (3) | dodaj komentarz

Królowa z trzema nogami i sprawa demokracji ...

czwartek, 28 stycznia 2016 23:41

 

 Sylwia Gołecka‎  na portalu Andrzej Duda- Nasz Prezydent opublikowała ciekawy komentarz, długi, ale wart uwagi, cytuję z internetu: 

 

Tu w Anglii, nie mogli zrozumieć, o co mi chodzi z tą polską demokracją, więc im opowiedziałem taką bajeczkę:

 

Wyobraźcie sobie, że Rosjanie podczas II wojny mordują skrytobójczo kilkadziesiąt tysięcy Waszych jeńców, nie przyznają się do tego i zwalają winę na Niemców.

 

Po latach prawda wychodzi na jaw, a królowa, wraz z całym sztabem generalnym, szefem Banku Anglii, szefami najważniejszych instytucji państwowych iarcybiskupem Canterbury leci w rocznicę tego mordu do Rosji, żeby uczcić pamięć pomordowanych brytyjskich żołnierzy.

 

Tam samolot królowej rozbija się w niewyjaśnionych okolicznościach.

 

Rząd nie tylko nie podaje się do dymisji, ale powierza śledztwo Rosjanom, którzy ogłaszają, że do sterów dorwała się królowa wraz z naczelnym dowódcą lotnictwa i po pijaku rozbili samolot.

 

Rząd angielski potwierdza tę wersję, BBC i Reuter w komentarzach przypominają ogólnie przedtem znaną lekkomyślność i pychę królowej oraz jej zamiłowanie do ginu, wytykają angielskim pilotom nieudolność i braki w wyszkoleniu, ubolewają nad degrengoladą moralną rodziny królewskieje i pijaństwem w siłach zbrojnych, a w lotnictwie w szczególności;

 

Jednocześnie Parlament rekomenduje ministra obrony narodowej do Izby Lordów, a premier składa wniosek o awansowanie szefa Intelligence Service na generała dywizji.

 

Nie ma najmniejszego znaczenia, że w sprowadzonej do Wielkiej Brytanii, a zaplombowanej przez Rosjan trumnie królowa ma trzy nogi i jest ubrana we frak i męskie kalesony

(niektóre tabloidy nawet nawołują z tego powodu do odmówienia królowej prawa do godziwego pochówku i sugerują, z królowa miała skrywane inklinacje transseksualne),

 

Niektóre ofiary maja po dwie cudze wątroby zamiast jednej własnej, inne kupę śmieci w brzuchu…

 

Nieważne, że cały teren katastrofy zaorano i pokryto betonowymi płytami, ślady zatarto, drzewa wycięto w pień, a wrak samolotu zniszczono i umyto, a na dodatek Rosjanie odmawiają jego zwrotu.

 

Rząd angielski jest tym wszystkim zachwycony, wysyła w świat komunikaty o znacznej poprawie stosunków z Rosją, katastrofę nazywa punktem zwrotnym tych stosunków i nowym otwarciem na dialog z narodem rosyjskim i potwierdza oficjalnie przy każdej okazji, że winę ponosi pijana królowa z trzema nogami.

 

Przez dwa tygodnie nikt ze mną nie rozmawiał, wszyscy się odsuwali, jak od zadżumionego.

Po dwóch tygodniach, jeden z Anglikow mnie przeprosił. Powiedział, że myśleli, że jestem chory psychicznie i mnie izolowali.

 

Ale zapytali innego Polaka, który im potwierdził to, co mówiłem, a jeszcze inny Anglik sprawdził sobie w Internecie hasło Katyń i Smoleńsk.

 

Stwierdzili, że nie mieli pojęcia, że coś takiego jest w Europie możliwe ( !!! )

 


oceń
0
0

komentarze (3) | dodaj komentarz

Oficer wywiadu przerywa milczenie ...

czwartek, 28 stycznia 2016 23:08

 

https://www.youtube.com/watch?v=MV0zY_795qg

 

Fragment artykułu w Sieci "Oficer wywiadu przerywa milczenie"

 

Artykuł z zeszłego roku ale ciekawy i wart przeczytania :

 

22 czerwca 2015 o 21:49

Okładka najnowszego numeru wSieci

Gorąco polecam najnowszy numer wSieci. Wywiad z byłym agentem AW, który rozwiewa wątpliwości na temat działań naszych oficerów wywiadu i podobnych jednostek.

 

Wyłaniający się z jego słów obraz 10 kwietnia 2010 roku i następnych godzin to niezwykle haniebna karta w historii Rzeczpospolitej.

 

Nawet pragnący wykonać swoje obowiązki oficerowie zostali zablokowani przez kierownictwo, Rosjanie działali z doskonałą premedytacją i wiedzą, której nie powinni posiadać... Obce agencje wywiadowcze łapały się za głowę i pytały głośno: "WHAT THE F$%^?!"

 

To tekst dla ludzi, którzy traktują Smoleńsk jako najgorszy element polityki w Polsce.

Nie ma tam Macierewicza, sekty i ciągłego łojenia tych samych "brzóz".

Są twarde fakty, analiza i ocena.

Przyznam, że osobiście nie mogłem oderwać oczu od kolejnych wypowiedzi, które w moim odczuciu były jak precyzyjnie wycelowane pociski balistyczne.

 

To trzeba przeczytać.

 

Masz wolny dzień, jest ładna pogoda, idź na spacer – usłyszał od swoich przełożonych w dniu katastrofy smoleńskiej oficer Agencji Wywiadu Piotr Wroński, gdy próbował dowiedzieć się czy obowiązuje stan podwyższonej gotowości.

Wraz z upływem czasu jest coraz bardziej przekonany o możliwości zamachu.

 

10 kwietnia 2010 roku we wszystkich polskich służbach specjalnych panował chaos połączony z biernością. 

Zadzwonił do mnie kolega z ABW zdziwiony, że u nich właściwie też nic się nie dzieje – mówi pułkownik Piotr Wroński. 

W poniedziałek z kolegą, z którym razem jeździliśmy do pracy, włożyliśmy czarne krawaty.

Ktoś powiedział mi na korytarzu, żebym się nie wygłupiał i nie robił demonstracji politycznych (…). Zszokował mnie – dodaje oficer.

 

Zdaniem byłego pracownika Agencji Wywiadu wszystkie polskie służby powinny być postawione w stan gotowości już 10 kwietnia.

 

– Jeżeli mamy nadzwyczajną sytuację, a taką jest tragiczna śmierć prezydenta i 95 towarzyszących mu nietuzinkowych osób, to każda służba na świecie a priori zakłada, że doszło do zamachu – mówi.

 

Wszelkie teorie powinny być badane, a nie odrzucane od razu z przyczyn politycznych.

 

Piotr Wroński podkreśla, że w katastrofie smoleńskiej zginął między innymi wiceminister odpowiedzialny za zakup uzbrojenia dla polskiej armii, a jego śmierć opóźniła nasze negocjacje z USA i dała czas Rosji.

 

Scelus in fecit cui prodest – zbrodnię popełnił ten, kto odniósł z niej korzyść.

 

A kto odniósł?

Rosjanie i obóz władzy w PolsceA kto odniósł? Rosjanie i obóz władzy w Polsce – z przykrością stwierdza polski oficer, który ma żal do Donalda Tuska, że w dniu tragedii smoleńskiej obściskiwał się z ówczesnym premierem Rosji.

 

Putin przejął inicjatywę. Widziałem jego zimną twarz.

Dobrze wiedział, co robi. (…)

 

Dzięki nieobecności służb, skreśleniu od razu tezy o zamachu, można dojść do wniosku, że polski rząd był szczerze zainteresowany pozbyciem się niektórych ludzi – mówi Wroński, który przez sześć lat pracował w polskiej placówce dyplomatycznej w Londynie i ochraniał wiele wizyt zagranicznych Prezydenta oraz premierów RP.

 

Jego zdaniem funkcjonujące wtedy procedury sprawdzały się, a 10 kwietnia w ogóle nie zostały dopełnione.

 

– Jak to możliwe, że lotnisko nie wiedziało o lądowaniu niespełna dwa dni przed?!

 

O prywatnej wizycie prezydenta Kwaśniewskiego dowiadywałem się z depeszy prawie miesiąc wcześniej – mówi oburzony przygotowaniem wizyty oficer.

 

 – z przykrością stwierdza polski oficer, który ma żal do Donalda Tuska, że w dniu tragedii smoleńskiej obściskiwał się z ówczesnym premierem Rosji.

 

Bardzo znamienne są różnice, jakie zauważył były pracownik AW w mediach relacjonujących lotniczą katastrofę z 10 kwietnia.

 

– Miałem dwa telewizory i dwa komputery.

 

Jednocześnie oglądałem Rossija1, TVN24, BBC i CNN. (…)

Cóż zobaczyłem? Niespełna godzinę po katastrofie Rosjanie mówili o błędzie pilotów.

 

Zdumiałem się, gdy jakieś dwie minuty później powtarzał to TVN24.

Ze znakiem zapytania, ale powtarzał.

Tymczasem na BBC i CNN widziałem, że rozpatrywane były różne warianty, w tym zamach – mówi.

 

– Zauważyłem też, że Rosjanie zaczynają blokować lotnisko.

20 lat pracowałem „na tym kraju”. Znam ich. Wiem, jaki mają bałagan.

Nie byliby w stanie w ciągu 15 min. podciągnąć w takim Smoleńsku tak licznych jednostek do zabezpieczenia lotniska po katastrofie.

Stwierdziłem, że nie chodzi o zabezpieczenie śladów, ale ich izolowanie.

Od razu zadałem sobie pytanie: gdzie są nasi ludzie? Gdzie jest ambasada?

Wiem, że trochę czasu musiało minąć, ale natychmiast na miejsce powinna wyruszyć grupa oficerów służb specjalnych – dodaje Wroński, którego zdaniem miejsce katastrofy nie zostało należycie zabezpieczone.

Jego zdaniem w sensie kryminalistycznym Rosjanie je zniszczyli.

Oficer twierdzi, także że w każdej polskiej ambasadzie są oficerowie wywiadu i powinni zostać oni wysłali do Smoleńska, czy to z Mińska, Moskwy, Kijowa czy Wilna.

I to nawet za cenę ich dekonspiracji.

Gdy cały świat patrzył na Smoleńsk Rosjanie nie mogli by nie wpuścić polskich służb.

Niestety ludzie Putina przejęli inicjatywę w sprawie.

Zdaniem Wrońskiego wszyscy, z ambasadorem RP w Moskwie Jerzym Bahrem na czele, powinni korzystając ze statusu dyplomatycznego nie wpuścić Rosjan na teren katastrofy. Tak się nie stało.

 

Poważne obawy budzi u podpułkownika obecność na miejscu rosyjskich służb specjalnych, w tym OMONu i Specnazu.

Specnaz najprawdopodobniej miał za zadanie błyskawicznie zebrać rzeczy ważne dla służb, czyli dokumenty osobiste, służbowe, ale przede wszystkim telefony i inne środki łączności (…). No i czarne skrzynki.

Rosjanie de facto je ukradli.

W efekcie dysponujemy wyłącznie kopiami.

Po katastrofie Germanwings w francuski Alpach Niemcy polecieli po rejestratory, które odplombowali oraz zbadali dopiero u siebie.

Po Lackerbie było tak samo. A w naszym przypadku? – pyta ironicznie Wroński.

Laptop szefa Biura Bezpieczeństwa Narodowego do dzisiaj nie został odnaleziony.

 

Pracujący 30 lat w służbach oficer zauważa także niezwykle pospieszne przejęcie pomieszczeń zajmowanych poprzednio przez tragicznie zmarłego prezydenta Kaczyńskiego przez ówcześnie p.o. głowy państwa – Bronisława Komorowskiego.

 

Ma też żal do Antoniego Macierewicza, że wdał się w skomplikowaną dyskusję, zamiast ujawniać fakty możliwe do zrozumienia przez opinię publiczną oraz mówić o zaniedbaniach w procedurach i przygotowaniach wizyty.

 

Macierewicz został wepchnięty przez stronę rządową w debatę, która męczy Polaków i zamazuje obraz wydarzeń.

 

Wroński nie ma o to pretensji do posła, ale uważa to za jego błąd.

 

Nie bez winy są też tutaj media, które solidarnie z obozem PO występowały przeciwko Macierewiczowi.

 

Mówiąc o zamachu, nie wyrażam swoich prywatnych poglądów.

Analizuję dostępne informacje.

 

Pamiętajmy też, że katastrofy nie trzeba powodować wybuchem.

Można stworzyć takie okoliczności, które doprowadzą do tragedii.

 

Od zmęczonej załogi, przez nieaktualne mapy podejścia, złą prognozę pogody, po nieprzygotowane lotnisko i „odpowiednią” obsługę na wieży.

 

(…) Trudno myśleć, by nie było to zorganizowane specjalnie.

Nie jest możliwe, by nie działał monitoring, radar nieprecyzyjnie pokazywał pozycję samolotu, radiolatarnia działała nieprawidłowo, brakowało oświetlenia, a kontrolerzy wprowadzali załogę w błąd.

Za dużo tego. (…)

 

Podejrzane jest również to, że strona rosyjska szybko tych kontrolerów „schowała” – wylicza wszystkie podejrzane okoliczności katastrofy smoleńskiej Wroński.

 

Zdaniem oficera prokuratura ma świadomość ogromnej liczby zaniedbań polskich służb specjalnych, ale nie ujawnia tego gdyż obawia się ogromnej awantury.

 

Ma też nadzieje, że powstanie w służbach zespół operacyjny zajmujący się wyjaśnianiem wydarzeń z 10 kwietnia 2010 roku.

 

– Niech to potrwa następne 15 lat, ale to trzeba wyjaśnić – konkluduje.

 

Moja analiza jest zbieżna z podobnymi, przeprowadzonymi przez emerytowanego oficera CIA, a także BND, o których mogliśmy już czytać.

 

Służby na całym świecie widzą to podobnie.

 

A im więcej mija czasu, tym więcej mamy poszlak, które prowadzą w stronę hipotezy o zamachu – podsumowuje emerytowany pułkownik.

 

 

Źródło

 


oceń
0
0

komentarze (1) | dodaj komentarz

słowo w sprawie Katynia ...

czwartek, 28 stycznia 2016 20:36

 

Jedna z czytelniczek szafy przysłała mi dziś link do tekstu, który mnie poraził... Jak widać wszystko dochodzi do nas z dużym opóźnieniem .

Tekst bowiem publikowała gazeta izraelska już w latach dziewięćdziesiątych.

Każdy z czytelnikow zapewne będzie miał inne zdanie na ten temat, ale myślę że należy się to naszej wspólnej bolesnej historii.

 

2 lat(a) temu

IZRAELSKA GAZETA DONOSI, JAK ŻYDZI MORDOWALI POLAKÓW.

IZRAELSKA GAZETA DONOSI, JAK ŻYDZI MORDOWALI POLAKÓW.

Dziennik Izraela „Maariv” ogłosił światu imiona sowieckich oficerów NKWD uczestniczących w mordzie katyńskim.
 
Polski Żyd Abraham Vidro (Wydra), który mieszka teraz w Tel Awiwie, 21 lipca 1971 r. poprosił pismo o wywiad, bo chciałby, zanim umrze, wyjawić sekret o Katyniu.
 
On opisał spotkanie z trzema Żydami, oficerami NKWD, w wojskowym obozie wypoczynkowym Rosji. Oni powiedzieli mu, jak uczestniczyli w mordzie Polaków w Katyniu.
 

Byli to: sowiecki mjr Joshua Sorokin, por. Aleksander Susłow, por. Samyun Tichonow.
 
Susłow zażądał od Vidro zapewnienia, że nie wyjawi tego sekretu do 30 lat po jego śmierci, ale Vidro obawiając się, że tak długo nie pożyje, zdecydował się wyjawić go wcześniej.
 
Mjr Sorokin, ufając Vidro, powiedział: „świat nie uwierzy czego ja byłem świadkiem”.
 
Vidro mówił dziennikowi „Maariv”:
 

Żydowski mjr w sowieckiej tajnej służbie (NKWD) i dwóch innych oficerów bezpieczeństwa przyznali mi się, jak okrutnie mordowali tysiące polskich oficerów w lesie katyńskim.
 
Susłow mówi do Vidro: „Chcę ci opowiedzieć o moim życiu.
 
Tylko tobie, ponieważ jesteś Żydem, czy możemy mówić o wszystkim?
 
To nie robi żadnej różnicy dla nas… Mordowałem polaczków własnymi rękami! I do nich sam strzelałem.”
 
 
Bardzo ważną informację podał pan Aleksander Barkaszow w roku 1994, lider partii o nazwie Rosyjska Jedność Narodowa.
 
W wypowiedzi dla „Życia Warszawy” z 4 października 1994 r. stwierdził: „Wiem jaką tragedią jest dla was sprawa katyńska, ale oświadczam: polskich oficerów nie rozstrzelali Rosjanie.
 
Sprawdzaliśmy przynależność przynależność etniczną enkawudzistów – wykonawców wyroku.
 
Wszyscy byli Żydami i wypełniali rozkazy sobie podobnych, stojących wyżej w ówczesnej hierarchii.
 
Rosjanie są z natury przyjaźnie nastawieni do Polski”.
 
Rzeź 15.000 niewinnych ludzi jest makabrycznym zadaniem nawet dla najbardziej zatwardziałego oprawcy.
 
Stalin (prawdziwe nazwisko w jęz. pol.: Józef Dawid Dżugaszwili) zwrócił się do głowy tajnej policji sowieckiej, Żyda Ławrentija Berii.
 
Obaj przedyskutowali masowe morderstwo i zdecydowali, że powinno to być wyłącznie zadaniem Żydów, którzy zajmowali czołowe stanowiska w tajnym aparacie.
 
Ich odwieczna nienawiść do katolickich Polaków była powszechnie znana. KATYŃ – izraelska gazeta donosi, jak Żydzi mordowali
 
Polaków:www.polskapartianarodowa.org/.../index2.php… KATYŃ – żydowska zbrodnia etniczna: raportnowaka.pl/news.php
 
 
Napisz komentarz
 

 
IsraEli      11 miesiące/miesięcy temu
Sprawa dotyczy publikacji sprzed niemal pół wieku.... strasznie to słabo wyszło jeżeli miałato być sensacja - oto link do oryginalnego newsa na ten temat :www.papurec.org/.../h1.html co ciekawe w Polsce fakt odnotowano dopiero w 1991 r. Wali się wam konstrukcja o "niesprawiedliwych Żydach" ? i słusznie ,ze się wali, radze sprawdzać źródła - to podstawa rzetelnego dziennikarstwa. abyście nie musieli szukać w dalszej części wkleiłem juz fragment o którym donieśliście 43 lata po fakcie..... super … [Więcej]

 
Niezalezny      11 miesiące/miesięcy temu
www.ynetnews.com/.../0,7340,L-3342999,00.html
Nie dawno przeczytalem podobny artykul. Tez w Izraelskiej gazecie.

 srozanski  lubi to.  11 miesiące/miesięcy temu

 jamek  lubi to.  2 lat(a) temu

 
 mkatana      2 lat(a) temu
Dziennik Izraela „Maariv” ogłosił światu imiona sowieckich oficerów NKWD uczestniczących w mordzie katyńskim.
=======================================================
To dobrze, że w Izraelu są media, które nie boją się ogłaszać światu prawdy historycznej.  [Więcej]
 

oceń
0
0

komentarze (3) | dodaj komentarz

Akcja WIDELEC

środa, 27 stycznia 2016 17:03

 

Gdzie my żyliśmy ?!  

Czy słyszeliście o akcji " widelec" ?  No to sobie poczytajcie, ZGROZA ! 

 

c”

Akcja „widelec”

Grzegorz „Widelec” Schetyna

Sprawa słynnej akcji „Widelec” wraca w kontekście obecnej aktywności Grzegorza Schetyny. Portalniezalezna.pl publikuje wstrząsający materiał.

Bicie kluczami po jądrach, zmuszanie do przysiadów nago, do siadania na pałce policyjnej ustawionej na sztorc, gazowanie w zamkniętym samochodzie – tak według relacji uczestników wydarzeń działała policja, wymuszając przyznanie się do winy w czasie Akcji Widelec. Zorganizował ją w 2008 r. Grzegorz Schetyna, dziś entuzjasta KOD. Teraz w sprawie zapadła około setka wyroków uniewinniających. Reszta spośród 752 zatrzymanych wciąż na nie czeka

Jak pisał po akcji ówczesny rzecznik stołecznej policji Marcin Szyndler, kibice mieli rzucać racami, kamieniami i próbować sforsować bramę stadionuSąd ustalił, że było inaczej. – Materiał filmowy pokazuje, że w stronę stadionu Polonii poleciały trzy lub cztery race. Nie widać rzucania kamieniami, nie ma też próby sforsowania bramy stadionu. Przecież uczestnicy przemarszu byli od niej odseparowani przez policję – mówi mec. Lenkiewicz.

Tych, którzy rzucali, ukarały później sądy, jednak rzucenie kilku rac stało się pretekstem do zatrzymania całego tłumu. Wśród otoczonych przez policję znaleźli się także przypadkowi przechodnie oraz niewidomi wychodzący z pobliskiej siedziby Polskiego Związku Niewidomych. W efekcie 688 osobom prokuratura postawiła zarzuty „czynnego udziału w zbiegowisku, którego celem jest gwałtowny zamach na osobę lub mienie” (pozostali kibice byli nieletni). Mec. Lenkiewicz nie ma wątpliwości, że zarzuty prokuratury były kuriozalne. – Klub Polonia Warszawa ogłaszał, że przed meczem będzie można kupić bilety. Ci ludzie, a przynajmniej przeważająca większość z nich, szli zwyczajnie na mecz. Żadnych przestępstw nie zamierzali popełniać.

Policyjny wywiadowca:

Zeznania wymuszane były biciem

Zanim jednak doszło do postawienia zarzutów, rozegrały się sceny mrożące krew w żyłach, do jakich nie doszło nigdy w historii III RP.

Najbardziej wstrząsające relacje zamieścił dziennik „Polska The Times”. Redakcja dziennika zebrałakilkanaście relacji o biciu w komisariatach kluczami po jądrach i pałkami po całym ciele, zmuszaniu do robienia pompek i przysiadów nago, pozbawiania snu, picia i jedzenia.

„Dostałam pałką, a kilku dosłownie przebiegło po mnie. »Na ziemię, kur…!«, krzyczeli” – opowiadała roztrzęsiona Agnieszka, 20-letnia studentka polonistyki. „Kopali nas i bili po twarzach, rzucali bluzgi. Mówili, że wreszcie się do nas dobrali” –relacjonował 23-letni student Kamil.

Pawła z Ożarowa, studenta technologii żywności w SGGW, przesłuchiwano w komisariacie przy ul. Raginisa. „Policjant kazał mi zdjąć spodenki i majtki. Musiałem nago robić przysiady. Wyzywał mnie od spaślaków. Każdy, kto wszedł na przesłuchanie, dostawał otwartą dłonią w twarz, zanim jeszcze cokolwiek powiedział. Na krześle stawiali pałkę na sztorc i kazali mi na niej siadać. Podpisałem oświadczenie, bo jeden policjant powiedział, że za godzinę może mnie tu już nie być. A tak trafię na trzy miesiące do aresztu”.

Potwierdzały to wypowiedzi funkcjonariuszy policji, do których dotarli dziennikarze „Polski The Times”. „Szef powiedział mi wprost: masz wszystkich zmusić, by podpisali przyznanie się do winy. Wciskałem więc tym dzieciakom kit, że je zamkniemy, jeśli nie podpiszą oświadczenia. Gdy nie skutkowało, koledzy z kryminalnego brali delikwenta do siebie i tam bicie było” – mówił dziennikarzom tej gazety wywiadowca z jednej z komend w Warszawie.

„Sama nie wiedziałam, jak się zachować” – opowiadała policjantka spod Warszawy. „Komendant powiedział, że przywożą kiboli po zamieszkach, a do mnie na przesłuchania trafiły jakieś spokojne dzieci. Nie potrafiłam zmusić ich do podpisania tych oświadczeń. Ale zarzuty i tak prokurator kazał postawić”.

Sędzia Johann:

Organizator tej akcji jest przestępcą

Dziennikarze ustalili też, że policja nazwała swoją akcję slangiem zaczerpniętym z języka niemieckich nazistów: „Ostateczne rozwiązanie kwestii kibiców Legii”.
– Wśród zatrzymanych byli zarówno pracownicy najemni, jak i przedsiębiorcy, a nawet pracownicy administracji państwowej wyższego szczebla. Był wśród nich pracownik klubu Legia Warszawa, trafił się nawet jeden cudzoziemiec – mówi mec. Lenkiewicz. My ustaliliśmy, że były wśród nich także dzieci byłego działacza PO oraz asystent jednego z obecnych ministrów. Prokuratura wszystkich ich uznała za przestępców.

Wiesław Johann, były sędzia Trybunału Stanu, mówi: – Nie ulega najmniejszej wątpliwości, że wszystko było znacznie wcześniej zaplanowane i przygotowane. Odpowiedzialnością za te wydarzenia powinno się przede wszystkim obciążyć osobę, która podejmowała decyzje i wydawała rozkazy. To, co 2 września 2008 r. zrobiła policja, jest przestępstwem ściganym przez polskie prawo karne.

Radca prawny Jacek Bąbka, prezes Fundacji Badań nad Prawem, komentuje: – Ta akcja była nieprawdopodobnym, niebywałym naruszeniem praw człowieka i podstawowych wolności. Władza postanowiła budować swoją popularność na walce z urojoną przestępczością. Aż ciśnie się na suta pytanie: gdzie byli wówczas obrońcy demokracji?

Jak wsadzić Schetynę do więzienia?

Zdaniem mec. Bąbki, mieliśmy do czynienia m.in. z przestępstwem nadużycia władzy czy złamaniem art. 231 Kodeksu karnego. Ale, jak podkreśla Bąbka, doprowadzenie do tego, by Grzegorz Schetyna poniósł odpowiedzialność karną za swoje czyny, nie jest łatwe, bo trzeba by mu udowodnić sprawstwo kierownicze.

Jakie są dowody i poszlaki na kierownicze sprawstwo Schetyny? Niemal zaraz po akcji zwołał on konferencję prasową, na której apelował o wspólną walkę z chuligaństwem. Na tej samej konferencji minister sprawiedliwości Zbigniew Ćwiąkalski zapowiedział, że będzie namawiał prokuratorów do twardej postawy wobec chuliganów.

Potem, gdy niektóre media zaczęły ujawniać prawdę o przebiegu wydarzeń, obaj ministrowie przycichli. Jednak rolę Schetyny w akcji potwierdził 30 czerwca 2010 r. w czasie konwencji PO Donald Tusk.„Kiedy trzeba było poskromić po raz pierwszy, z użyciem policji, chuliganów na ulicach Warszawy – tę decyzję podjął, jak pamiętacie, Grzegorz Schetyna – co zrobił PiS i jego szef? Stanął w obronie chuliganów przeciwko policji” – mówił.

Grzegorz Schetyna nie odbierał telefonów od nas, nie zareagował też na SMS z prośbą o ustosunkowanie się do najnowszych wyroków sądów.

źródło i fota: legionisci.com & stadionowio

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 


oceń
0
0

komentarze (3) | dodaj komentarz

Ziemia i niebo ...

środa, 27 stycznia 2016 8:57

 

I znów obudził mnie pochmurny,brzydki,mokry poranek.

Śnieg stopniał i bezlitośnie obnażył porozrzucane przez moje psice śmieci

...Pod furtką kałuża taka, że nie sposób przejść suchą nogą, cała ulica tonie w wodzie, a pod wodą resztki lodu - wodno lodowa pułapka.

Siedzę uwięziona w domu bo gdzieś wcieło klucze ...

Zmierzyłam cukier,zrobiłam insulinę i zaraz ruszę jeść sniadanie.

Od czasu kiedy pilnuję regularności przyjmowania posiłków - cukry wyraźnie się obniżyły i to jest dobra wiadomość na dziś.

 

Zagladam na pocztę a tu list od zaprzyjaźnionej oficyny " Aurora" z odcinkami wspomnień kolegi z LOT-u Władka Poniżnika.

Przeczytałam i od razu jakoś tak ładniej się zrobiło na świecie.

Odebrałam ten list jako delikatną uwagę od mojego Wydawcy czyli Sławka Kozaka - żebym zamiast babrać się w polityce wzięła się raczej za pisanie wspomnień i wierszy, które to mamy w planie ( ja napisać a Aurora wydać )

Ponieważ wiem jak zapracowanym człowiekiem jest Mój Wydawca  ; )  to tym bardziej doceniam ten mobilizujący załącznik.

 

Sławku, dziękuję i obiecuję że po śniadaniu i ja siadam do wspomnień - dzięki za inspirację tekstami Władka.

 

Tak więc zapraszam na porcyjkę śniadaniową lotniczej literatury.

 

 Przeczytajcie przy kawie - dziś pierwszy odcinek a na koniec zabieram Was w chmury ...

Nie będziecie żałować ....Miłego dnia !

 

 

Ziemia i niebo czyli okruchy lotniczych wspomnień. Władysław Poniżnik /cz.I/

 
 
 
 
Kiedyś jakiś stary lotnik powiedział mi, że w lotnictwie wiedza i umiejętności to tylko 10% - trzeba jeszcze mieć 90% szczęścia. I ja to szczęście miałem. Te notatki to tylko zlepek migawek i zdarzeń, ułożonych mniej więcej chronologicznie, które zachowały się w mojej pamięci.



Zaczęło się dawno temu bardzo prozaicznie: dwuletni brzdąc usłyszał gdzieś wysoko brzęczenie, które wydawał maleńki punkcik na niebie. Mama powiedziała, że to samolot i szybko zabrała mnie z balkonu. Wojna niezbyt dawno się skończyła i mama nadal nie była pewna, czego się spodziewać po takim gościu na niebie... 

Mijały lata. Marzenie wciąż podsycane było nowymi doznaniami. Mieszkaliśmy teraz w pobliżu lotniska na Okęciu. Widok i warkot samolotów był już czymś powszednim. Szkoła podstawowa położona była tuż przy końcu jednego z pasów startowych, toteż lekcje co jakiś czas przerywał warkot silników niziutko przelatującego samolotu; nikt z nauczycieli nie mógł przekrzyczeć tego hałasu zaś my, korzystając z chwilowej przerwy w lekcji, patrzyliśmy przez okna i napawaliśmy oczy wspaniałym widokiem potężnej maszyny... Tuż obok szkoły było kino, nomen omen - "Lotnik"... 

Z okazji Święta Lotnictwa na lotnisku Okęcie odbywają się pokazy. Idę z rodzicami na Al. Krakowską skąd mamy wspaniały widok na całe lotnisko. Na niebie latają przeróżne samoloty, jakaś dwójka Jaków-9 kręci się w kółko udając walkę powietrzną. W pewnym momencie pojawia się CCS-13 holujący za sobą szybowiec ABC a z megafonów słychać zapowiedź speakera że szybowiec jest pilotowany przez najmłodszego pilota – Franciszka Kępkę. Nie pamiętam ile miał wtedy lat ale z zapowiedzi wynikało, że był zaledwie o kilka lat starszy ode mnie. I w mojej głowie tłukła się odtąd myśl „dlaczego on może a ja nie?”. 

Pierwsza klasa Liceum... wychowawczyni spisuje dane rodziców, pyta o zawód ojca... kiedy dochodzi do Krzyśka, ten wstaje i z dumą oświadcza: "Kapitan statku powietrznego!". Cała klasa przygląda mu się z zaciekawieniem i skrywaną zazdrością: Ten to ma ojca! Nie to, co my... jakichś tam "przyziemnych" inżynierków czy robotników... 

W klasie jest nas kilku, którzy interesują się lotnictwem (o dziwo, Krzysiek, chociaż syn kapitana pilota, nie podziela naszych zainteresowań). Zaczytujemy się "Skrzydlatą Polską", chłoniemy wszystko, co jest tam zamieszczone bardziej niż to, co zawierają podręczniki szkolne... Mam już ukończone 16 lat i wiem, że mógłbym rozpocząć szkolenie szybowcowe gdybym miał zgodę rodziców, ale w domu nikt nie chce o tym słyszeć - mama płacze że chcę się zabić a ojciec mówi: "chleba z tego szwendania się po niebie nie będziesz miał; masz się uczyć bo porządni ludzie kształcą się i potem pracują w biurze! 

Dowiadujemy się, że Główna Kwatera ZHP organizuje zimą teoretyczny kurs szybowcowy. Jesteśmy przecież członkami ZHP, toteż korzystamy z nadarzającej sie okazji - przecież do szkolenia teoretycznego nie potrzeba żadnych pozwoleń od rodziców, a później... jakoś tam będzie...

Kurs trwa całą zimę. Kilka razy w tygodniu, wieczorami, jeździmy na zajęcia. Po kursie zaliczamy egzaminy teoretyczne. Pod koniec roku szkolnego zacznie się kurs praktyczny w systemie tzw. dochodzącym (czyli popołudniami po lekcjach), zaś od początku wakacji kurs będzie skoszarowany na lotnisku Gocław i loty będą się odbywać od rana do wieczora. Ba! Ale na kurs praktyczny wciąż potrzebne jest zezwolenie rodziców... no i wakacje są już ostatnie przed maturą, potem może być za późno... Ponawiam prośby przez parę tygodni, efekt ciągle taki sam: mama płacze a ojciec krzyczy... Chyba jednak ojciec miał dość maminego szlochania, albo może uznał, że mam "słomiany ogień" i że wkrótce mój zapał się skończy, a może podziałała magiczna nazwa " Główna Kwatera ZHP"... w każdym razie podpisał zgodę a ja zdążyłem na kurs praktyczny. 

 "Czapla" - dwumiejscowy szkolny szybowiec. Co prawda ciężki i "leniwy" ale stateczny i wybaczający wiele błędów świeżym adeptom sztuki latania. Na nim właśnie rozpoczynamy naszą naukę "trzymania się powietrza". Starty odbywają się za wyciągarką: po jednej stronie lotniska jest szybowiec, po drugiej - wyciągarka, czyli urządzenie mające dwa podstawowe składniki - potężny silnik spalinowy i bęben z linką. Linka przeciągnięta jest do szybowca i zamocowana w specjalnym jego zaczepie. Na sygnał ze startu mechanik wyciągarki zwalnia sprzęgło i zaczyna nawijać linę na bęben, szybowiec rusza i po chwili uzyskuje prędkość pozwalającą na start i wznoszenie. Ten sposób startu jest wręcz identyczny z puszczaniem latawców. Kiedy szybowiec osiąga maksymalną wysokość pilot zwalnia zaczep i linka opada na lotnisko, trzeba ją szybko przeciągnąć do miejsca startu kolejnego szybowca.  

Pierwszy lot ... byłem tak zafascynowany błyskawiczną zmianą widoków zza kabiny, że niewiele pamiętam... nos szybowca uniesiony tak wysoko, że nogi mam wyżej niż głowę ... wysokość rośnie błyskawicznie... Ale jest to szkolenie, więc kolejne loty nie pozwalają już na napawanie się widokami, trzeba uczyć się opanowywać coraz to nowe elementy, instruktor wymaga i nie pozwala na rozpraszanie sobie uwagi. Każdy lot to kolejne doskonalenie umiejętności. Wygląda na to, że jesteśmy zdolni, bowiem po zaliczeniu lotów z instruktorem rozpoczynamy loty samodzielne. Nie wiem, jaką miałem minę, kiedy instruktor wysiadł z kabiny, zabrał swój spadochron i powiedział: "polecisz teraz sam....", w każdym razie miny moich kolegów w identycznej sytuacji były raczej nietęgie... Ale oto szybowiec rusza, nie czas rozpamiętywać samotności, trzeba podjąć "samotną walkę z żywiołem". Po udanym starcie ogarnia mnie coś w rodzaju euforii, radości, chyba coś krzyczałem... a przecież właściwie nic się nie dzieje, normalny lot jak wszystkie inne z instruktorem. Jedyna różnica że instruktor nie siedzi za plecami i nie poprawia...

Po pierwszym samodzielnym locie następuje rytualne "laszowanie": delikwent staje w rozkroku, pochyla się i rękami chwyta za kostki a wszyscy, którzy już takie uprawnienie posiadają, wymierzają solidnego klapsa w "dolny policzek"... operacja, nie powiem, dość bolesna, ale tradycja mówi, że to po to, aby zdobywca uprawnienia lepiej czuł powietrze...

Po lotach opowiadamy sobie nasze przeżycia. Każdy z nas ma inną osobowość, toteż i reakcje podczas pierwszego samodzielnego lotu są różne: ktoś klął sobie głośno wszelkimi możliwymi przekleństwami (przecież nikt nie usłyszy), ktoś głaskał czule burtę i mówił: "Czapelko" moja kochana!...

Przechodzimy do kolejnego etapu - nauka lotu na holu za samolotem. Szybowiec podczepia się do samolotu za pomocą kilkunasto- bądź kilkudziesięciometrowej linki. Samolot startuje ciągnąc za sobą szybowiec. Po nabraniu odpowiedniej wysokości pilot samolotu daje znak do wyczepienia zaś pilot szybowca zwalnia zaczep linki i od tej pory szybowiec leci już swobodnie. Do holowania używano "CSS-13" i "Junaka". "Czapla" była chyba za ciężka, wyholowanie jej na odpowiednią wysokość trwałoby zbyt długo, toteż naukę lotu na holu odbywamy na dwumiejscowym "Bocianie". "Bocian" w owym czasie był zaliczany do szybowców wyczynowych a my mieliśmy zbyt małe doświadczenie aby móc samodzielnie na nim latać. Nie dość więc, że ledwo trzymaliśmy się powietrza to jeszcze pierwszy samodzielny lot na holu musieliśmy odbyć na nowym typie szybowca - jednomiejscowym "Mucha 100A", stres był więc podwójny ... 

Władysław Poniżnik
kontroler ruchu lotniczego, pilot, krótkofalowiec
 
 
///////////////////////////////////////////////////////////////////////////////////////////////////////////////////////
 
 
A teraz zapraszam w chmury :
 
 
 
 

 

 
 

oceń
0
0

komentarze (4) | dodaj komentarz

Matrix ...czyli kto nami rządził ?

poniedziałek, 25 stycznia 2016 13:54

 

Ciekawy film.Nakręcony jeszcze kiedy żył Jan Kulczyk.

Po obejrzeniu mam taką refleksję,że prawdziwe jest powiedzenie :

" Nosił wilk razy kilka - poniesli i wilka"

I druga refleksja :

Jak robić koronorografię to tylko w kraju ....

 


oceń
0
0

komentarze (3) | dodaj komentarz

List do Guya ...

poniedziałek, 25 stycznia 2016 9:19

 

OSTRY LIST DR ELŻBIETY MORAWIEC DO GUYA VERHOFSTADTA 

  • 25 Sty 2016 
  • fot: youtubefot: youtube

Na portalu arcana.pl zamieszczono list, który dr Elżbieta Morawiec wysłała do belgijskiego polityka, Guya Verhofstadta.

Wybitna polska publicystka, pisarka, opozycjonistka, nie oszczędza belgijskiego polityka, który należy do grupy najzajadlejszych krytyków polskiego rządu.

Treść listu:

Panie Verhofstadt,

Jako obywatelka Polski wiem znacznie więcej o historii Europy niż jest Pan w stanie sobie wyobrazić. Wiem na przykład, gdzie miało miejsce pierwsze gigantyczne ludobójstwo na świecie. Było to w Kongo, podczas panowania Waszego króla, Leopolda II. Około 10 milionów czarnoskórych ofiar wielkiego bogacenia się Pańskiego króla. Joseph Conrad, angielski pisarz o polskich korzeniach, opisał to w opowiadaniu „Heart of Darkness” („Jądro ciemności”).Śmie pan wspierać najmniejszą z najmniejszych partii opozycyjnych? Jej lidera, który nie zna najważniejszych świąt religijnych we własnym kraju i sądzi, że pokłon Jezusowi składało sześciu króli? Pański mały kraj istnieje istnieje około 180 lat, Polska zaś – od 966 roku! Polska w XV wieku zainicjowała na soborze w Konstancji, ustami polskiego prawnika, Pawła Włodkowica, prawdziwe zasady demokracji i tolerancji. I obecnie śmie pan uczyć nas demokracji, panie Verhofstadt? Chce Pan wywrzeć wpływ, by zmienić wynik demokratycznych wyborów w Polsce poprzez użycie siły? A kimże Pan jesteś? Jakimś nowym pierwszym sekretarzem tworzącego się w Brukseli Kremla 2.0?

Śmie pan wspierać najmniejszą z najmniejszych partii opozycyjnych? Jej lidera, który nie zna najważniejszych świąt religijnych we własnym kraju i sądzi, że pokłon Jezusowi składało sześciu króli?

Nie ma wątpliwości co do Pańskich intencji, Panie Verhofstadt, oraz intencji Pańskich akolitów, z którymi chce Pan zniszczyć nowy polski rząd, i nowy, wybrany przez naród parlament – w wolnych i demokratycznych wyborach. Wstydź się Pan takiej Europy, Panie Verhofstadt,

 

Obywatelka polska, dr Elżbieta Morawiec

 

Za:portal.arcana.pl

-

 

 

Redakcja

 

.................................................................

 

 

 

oceń
0
0

komentarze (2) | dodaj komentarz

Polska sfinansuje emerytury 50 tys. Żydów ( podpisał Komorowski w 2014r)

poniedziałek, 25 stycznia 2016 8:25

 

Jak data pod tytułem wskazuje materiał ukazał się w 2014 roku ( to tak na marginesie )  Czy projekt zrealizowano i zastąpiono Niemcow w wypłatach tych emerytur - tego nie wiem ...ale przeczytać warto.

 

Ciekawe jaki rząd wypłaci odszkodowanie mojej rodzinie i milionom rodzin ktorych czlonkowie zostali zabici przez Niemcow i Rosjan ... to porażająco smutne i głęboko niemoralne ! 

 

 

 

Polska sfinansuje emerytury 50 tys. Żydów

Data publikacji: 2014-06-09 20:00
Data aktualizacji: 2014-06-10 08:27:00
Polska sfinansuje emerytury 50 tys. Żydów
fot. Forum

Polski rząd znowelizował prawo, które pozwoli ponad 50 tys. ocalałym Żydom, ich małżonkom, a nawet dzieciom zamieszkującym poza naszym krajem, pobierać emerytury z tytułu szkód doznanych ze strony nazistów i bolszewików na ziemiach polskich w czasie wojny i okresu stalinowskiego.  

 

O emerytury w wysokości 470 ILS (około 100 euro) będzie mogło ubiegać się blisko 50 tys. Izraelczyków polskiego pochodzenia: ofiary nazistowskich i sowieckich represji. Pierwsze świadczenia popłyną do Izraela na koszt  polskiego podatnika latem przyszłego roku.

 

Gazeta „The Times of Israel” podała jako pierwsza informację o zmianach w przepisach, które wprowadził polski rząd, by umożliwić Polskiemu Biuro ds. Kombatantów i Osób Represjonowanych przesyłanie świadczeń dla osób kwalifikujących się do emerytur, które mieszkają poza granicami Polski i nie mają dostępu do rachunku bankowego w naszym kraju.

 

Przed nowelizacją osoby polskiego pochodzenia, które zostały uznane za kombatantów lub ofiary represji mogły otrzymywać miesięczną emeryturę tylko wtedy, gdy miały konto w Polsce, albo upoważniły daną osobę polskiego pochodzenia do dokonywania przelewów uposażenia na ich konta za granicą. Gazeta twierdzi, że niewiele osób mieszkających poza granicami Polski - ponoć mniej niż 50 – korzystało z tej formy pomocy.

 

Po nowelizacji prawa emerytury będzie mogło pobierać około 50 tys. osób z Izraela. Jak tłumaczy Sebastian Rejak, specjalny wysłannik ds. stosunków z diasporą żydowską w polskim MSZ: - Nowością tych przepisów jest to, że polskie władze - w szczególności instytucje zabezpieczenia społecznego - będą w stanie przesyłać świadczenia kombatantom znajdującym się w dowolnym miejscu na świecie, kosztem polskich władz.  

 

By zakwalifikować się do emerytury kombatanckiej wystarczy poświadczyć, że dana osoba mieszka w Izraelu (niekoniecznie bezpośrednia ofiara, ale także małżonek ofiary oraz dzieci) i cierpiała represje w czasie II wojny światowej pod okupacją niemiecką i / lub sowiecką. Uposażenie będzie bezpośrednio przelewane przez polskie instytucje na konta uprawnionych do pobierania emerytury kombatanckiej.

 

Rejak udzielając wywiadu izraelskiej gazecie w Jerozolimie tłumaczył, że do polskich władz docierało wiele sygnałów od ludzi z całego świata, którzy już od dawna byli zainteresowani nabyciem statusu kombatantów lub osób represjonowanych, ale przeszkodą, z ich punktu widzenia, była kwestia rachunków bankowych i przelewów. – Stara procedura była niewygodna dla wielu potencjalnych wnioskodawców, dlatego polski rząd zdecydował się wziąć na siebie obciążenie finansowe z tytułu operacji bankowych dokonywanych w celu przesłania pieniędzy i znieść konieczność fizycznego adresu w Polsce – mówił.

 

Nowe przepisy, które zostały już zatwierdzone przez polski parlament i prezydenta Bronisława Komorowskiego, wejdą w życie w październiku br. dla mieszkańców Unii Europejskiej, a dla mieszkańców reszty świata - w kwietniu 2015 roku.

 

Ze zmian cieszy się Bobby Brown, były dyrektor projektu HEART (grupy zadaniowej ds. restytucji mienia żydowskiego z okresu Holocaustu). Brown powiedział, że to wspólna inicjatywa rządu Izraela i Agencji Żydowskiej, która niedawno zamknęła drzwi ze względu na brak funduszy. - Mam wrażenie, że Holokaust jest pod wieloma względami wspólnym doświadczeniem. Chociaż Polacy nie są odpowiedzialni za to, co się stało, mają obowiązek dbać o tych, którzy cierpieli w ich kraju – przekonuje.

 

Brown, który pracował razem z izraelskimi i polskimi władzami w tej sprawie pochwalił zaangażowanie Uriacha Orbacha, ministra ds. uposażeń emerytalnych. Dodał, że emerytury będą mogli otrzymywać nie tylko bezpośrednie ofiary nazistów i sowietów, ale także ich małżonkowie i dzieci, które nie mają polskiego obywatelstwa, lecz urodziły się np. w rodzinie polskiej w komunistycznej Rosji.

 

Rejak powiedział, że dla udowodnienia, iż dana osoba kwalifikuje się do świadczenia będą brane pod uwagę zapisy archiwalne muzeum Holocaustu Yad Vashem i zeznania świadków.

 

Polski rząd zamierza oddać sprawiedliwość tym, którzy cierpieli w czasie wojny – tłumaczy Rejak. Urzędnik podkreślił, że chociaż nowe przepisy odnoszą się do wszystkich osób uciskanych bez względu na kryteria etniczne, to jednak zmiany dokonano przede wszystkim ze względu na ofiary Holokaustu. - Polska na pewno ma szczególną sympatię dla ocalałych z Holokaustu – mówił. -Ofiary żydowskie należy potraktować ze szczególną uwagą. To jest oczywiste. To kwestia wrażliwości – dodawał.

 

- Uważamy, że polski przykład będzie precedensem dla innych krajów. A my zrobimy wszystko, aby upewnić się, że inne kraje pójdą za polskim przykładem - powiedział Brown.

 

Brown twierdzi, że chciałby, aby także Instytut Yad Vashen rozpoczął wypłacanie emerytur dla "Sprawiedliwych Wśród Narodów Świata," by spłacić dług wdzięczności za ocalenie życia.

 

Gdyby rząd izraelski, w pewnym momencie w przyszłości, podjął decyzję dot. wypłaty emerytur dla Polaków, którzy ratowali Żydów w czasie Holokaustu – mówił Rejak – to byłby hojny gest.

 

 

Źródło: timesofisrael.com, AS.



Read more: http://www.pch24.pl/polska-sfinansuje-emerytury-50-tys--zydow,23463,i.html#ixzz3yEoXYwLr

 

 


oceń
0
0

komentarze (2) | dodaj komentarz

Za za kilkaset tysiecy nauczali ludzi Tuska mówić o Smoleńsku

sobota, 23 stycznia 2016 14:03

 

 

Za KILKASET TYSIĘCY złotych nauczali ludzi Tuska mówić o Smoleńsku

04.11.2015, godz. 10:46 / aktualizacja 05.11.2015, godz. 12:55

smolensk-wrak-tu-154mSmoleńsk. Wrak Tu-154Mfoto: EAST NEWS

Na co kancelaria premiera wydawała pieniądze, gdy szefem rządu był Donald Tusk? Jak się okazuje ponad 350 tysięcy złotych zostało przeznaczone na szkolenia z zakresu mówienia o Smoleńsku.

Portal kulisy24.com, opublikował dane, z których wynika, że za czasów rządów Tuska KPRM organizował specjalne szkolenia dla członków zespołu ds. wyjaśnienia przyczyn i okoliczności katastrofy smoleńskiej.

 

Dane, które opublikował portal pochodzą z całego 2013 i pierwszej połowy 2014 roku. W sumie kancelaria wydała wówczas aż 75 milionów złotych. Na co poszły pieniądze? 

Część na szkolenia dla członków zespołu badającego katastrofę smoleńską. Od 2013 do 2014 firma U74 prowadziła dla zasiadających w zespole osób szkolenie za 76 tys. zł.

Było to szkolenie medialne, które miało pomóc członkom zespołu do mówienia w mediach o Smoleńsku.

Inna firma zainkasowała za podobne szkolenie 82 tys. zł. Miało ono charakter specjalistycznych konsultacji i doradztwa, a służyło komunikacji członków ze między sobą.

Ale to nie wszystko. 54 tys. zł przekazano na eksperta lotniczego, którego zadaniem było obalanie teorii, jakie przedstawiał w sprawie Smoleńska Antoni Macierewicz, Maciej Setlaka.

 

Setlak prowadził portal internetowy faktysmolenskie.gov.pl oraz umieszczał w nim materiały dotyczące katastrofy.

Osobne umowy zawierane były przez Macieja Laska, czyli przewodniczącego Państwowej Komisji Badania Wypadków Lotniczych.

Były to umowy, na które wydano 77 tys. zł. Pozostali członkowie komisji zawierali umowy na ponad 60 tys. zł dla każdego.

Co z tego wynika? Że olbrzymie sumy szły na nauczanie ludzi z komisji, jak mówić o Smoleńsku.

Ale to nie wszystkie wydatki kancelarii.

Jak wynika z danych pieniądze szły też na szkolenia dla pracowników z zakresu zarządzania czasem czy kreatywności.

A także jak tłumaczy portalowi kulisy24.com przedstawicielka jednej z firm, z którą kancelaria podpisywała umowy, Anna Robotycka: -Prowadziliśmy warsztaty dla pracowników Centrum Informacyjnego Rządu. Dla sześciu osób, o ile pamiętam. Zajęcia były poświęcone temu, jak komunikować się w mediach społecznościowych, czyli na przykład na facebooku, czy twitterze.

Portal kulisy24.com podaje, że dane zostały przez KPRM udostępnione na prośbę 20-letniego studenta z Warszawy, Kamila Bregula, który walczy o dostęp do informacji publicznych.


oceń
0
0

komentarze (3) | dodaj komentarz

Max ....głos rozsądku ...

piątek, 22 stycznia 2016 23:54

https://www.youtube.com/watch?v=r3TzxjdLM64https://www.youtube.com/watch?v=r3TzxjdLM64

 

 


oceń
0
0

komentarze (3) | dodaj komentarz

Polskie władze są szantażowane przez lobby lichwiarsko-bankowe."

piątek, 22 stycznia 2016 22:50

 

Janusz Szewczak: "Polskie władze są szantażowane przez lobby lichwiarsko-bankowe."

"Zmiana konstytucji może mieć zbawienne skutki także dla gospodarki; chodzi o zabójczy artykuł 220," tłumaczy znany ekonomista i poseł Prawa i Sprawiedliwości. W miesięczniku „Wpis” Janusz Szewczak rozważa w rozmowie z Leszkiem Sosnowskim, jak pomnażać skarb narodowy w Polsce. 

 

Leszek Sosnowski: Trwa milczenie na temat skarbu narodowego. To, że milczą ci, którzy go przefrymarczyli, to zrozumiałe, tak jak i zrozumiały jest ich histeryczny wrzask wywołany strachem przed ewentualnym pociągnięciem do odpowiedzialności za manipulowanie prywatyzacjami, za likwidowanie całych gałęzi narodowego przemysłu. Ale co nowi przedstawiciele władzy?

Janusz Szewczak:  PiS i nowy rząd myślą np. o repolonizacji sektora finansowego, bankowego, czyli o odzyskaniu ich dla Polski i Polaków. Trzeba już podjąć konkretne działania, nie ma co zwlekać. Przecież tego typu instytucje jak PKO BP, PZU, Pekao SA, Orlen, Lotos, Warta, BZ WBK, wszystkie były firmami polskimi, były własnością Polaków i przynosiły im niemałe dochody. Żeby przywrócić narodowi ten majątek narodowy, trzeba niestety go teraz odkupić. Inną formą odzyskania byłby nacjonalizacja.

Nie uważasz, że nacjonalizacja byłaby lepszą i sprawiedliwszą formą repolonizacja?

Jest oczywiście wielu zwolenników takiej tezy. Skoro nam to w podstępny sposób wykradziono…

…albo sprzedano za grosze, co na jedno wychodzi.

Tak czy inaczej wyłudzono i to dzięki usilnym działaniom takich ludzi, jak np. Janusz Lewandowski, były minister przekształceń własnościowych – wyjątkowo elegancka nazwa dla grabieży narodowego mienia – który teraz poucza Polaków i oskarża PiS o „kolonizację” gospodarki. To dopiero trzeba mieć tupet! Nowy rząd i większość sejmową oskarża facet, który właściwie wysprzedał majątek narodowy za bezcen i to w atmosferze absolutnych skandali, afer. W związku z tym jest faktycznie wielu poirytowanych ludzi mówiących, że to, co podstępem zostało wyłudzone, trzeba znacjonalizować – i będzie problem z głowy. Moim zdaniem ta formuła na razie jest jednak absolutnie nierealna z wielu powodów, m.in. naszej przynależności do Unii Europejskiej. Nie możemy pomóc z własnych środków publicznych nawet padającej ważnej branży czy też gospodarczej strukturze państwowej, bo byłaby to niedozwolona pomoc publiczna, łamanie zasady wolnej konkurencji itd. Założono nam szczególny kaganiec – a zrobił to pan Leszek Balcerowicz z panami Aleksandrem Kwaśniewskim i Bronisławem Geremkiem oraz z całą tą grupą, która szanowała głównie międzynarodowy interes – który powoduje, że nie możemy normalnie funkcjonować… Otóż w Konstytucji z 1997 r. znalazł się artykuł 220, który mówi, że ustawa budżetowa nie może przewidywać pokrywania deficytu budżetowego przez zaciąganie zobowiązania w centralnym banku państwa. To jest zapis wprost zabójczy dla możliwości odzyskiwania majątku narodowego, repolonizacji banków, reindustrializacji przemysłu…

Innymi słowy można powiedzieć, że państwo nie ma możliwości sięgnąć do własnych zasobów w celu wspomagania własnej gospodarki.

Mało tego, narodowy bank centralny nie może nawet pożyczać pieniędzy rodzimym instytucjom państwowym, rodzimym firmom i budżetowi państwa. Ten zapis powoduje, że pieniądze na rozwój pożyczać możemy tylko w bankach komercyjnych, a te są w Polsce w olbrzymiej większości zagraniczne.

A więc państwo pożyczając w tych bankach, daje im zarobić, daje zarobić zagranicznym podmiotom, a nie daje zarobić Narodowemu Bankowi Polskiemu.

Tak właśnie jest, jesteśmy uzależnieni od woli zagranicznych bankierów – czy zechcą nam pożyczyć pieniądze na rozwój, czy też im się coś nie spodoba i nie zechcą. Nikt ich do tego nie zmusi. Proszę zobaczyć, co teraz mówią bankierzy, jak szantażują polskie władze poprzez lobby lichwiarsko-bankowe. Szantaż ten wzmacnia politycznie postawa Platformy Obywatelskiej i Nowoczesnej Ryszarda Petru.

Nawiasem mówiąc, co to za niebywała megalomania nazywać partię swoim imieniem; to ma być demokracja? Dlaczego przeciwko temu nie protestują media i Parlament Europejski? Najwięksi dyktatorzy tak nie robili.

To najlepiej świadczy, co oni rozumieją pod słowem „demokracja”. I tacy ludzie, jak Petru, wspierają zagranicznych bankierów, akceptują ich argumentację, że jak ich banki obciąży się jakimś podatkiem, to nie udzielą nam kredytów, nie będą kupować obligacji rządowych, skarbowych papierów wartościowych. To jest szantaż, który wynika właśnie z wmontowania do konstytucji tego zabójczego mechanizmu, powodującego zakaz nabywania obligacji Skarbu Państwa przez bank centralny, przez Narodowy Bank Polski. To jest de facto zakaz finansowania własnymi siłami, własnym pieniądzem deficytu państwa.

Zwykły obywatel w ogóle nie zdaje sobie z tego sprawy, a media wspomagane systematycznie przez drogie reklamy bankowe w ogóle nie zamierzają mu tego objaśniać. Czy w innych krajach też istnieją takie zapisy?

Polska jest jednym z nielicznych krajów na świecie, w którym bank centralny nie posiada zakupionych bezpośrednio przez siebie obligacji własnego państwa, choć NBP ma np. obligacje amerykańskie, szwajcarskie, niemieckie… Kupiliśmy tylko tych amerykańskich obligacji za ok. 100 miliardów dolarów, a nabywanie bezpośrednio obligacji własnych jest w Polsce zabronione. Za granicą jest to normalne działanie państwowych banków centralnych.

Musimy jednak wyjaśnić Czytelnikom, w jakim celu Narodowy Bank Polski kupuje obligacje np. u Szwajcarów lub Amerykanów?

Oczywiście coś się na tych obligacjach zarabia, są oprocentowane, mają jakąś rentowność, są dość bezpiecznym źródłem inwestowania itd. Ale stanowią też i ryzyko, bo dziś rentowna obligacja może być za rok warta tylko 50 proc. – i to jest właśnie przypadek Grecji. Regułą jest, że banki centralne poszczególnych państw mają przede wszystkim obligacje własnego państwa. (…)

Choć pieniądze na to w NBP są?

Tak, są. Mimo że nasze rezerwy Narodowego Banku Polskiego są duże, wynoszą 100 mld dolarów, to polski budżet nie pożycza pieniędzy w banku centralnym.

A skąd Narodowy Bank Centralny ma pieniądze?

Bo emituje własny pieniądz. Drukuje. I każdy bank centralny może takiej emisji dokonywać.

(…) NBP może co prawda kupić również obligacje emitowane przez polskie Ministerstwo Finansów, ale nie bezpośrednio w ministerstwie, tylko za pośrednictwem banków komercyjnych, które, jak wiemy, w Polsce są na dodatek głównie zagraniczne. Wykupując te obligacje, daje się im zarobić krocie, zarabia pośrednik. Ten straszny lament bankowych lobbystów, do których niestety trzeba również zaliczyć media publiczne, jaki się teraz podniósł, tak naprawdę ma na celu zakamuflowanie bogacenia się zagranicznych banków komercyjnych kosztem polskiego społeczeństwa i polskiego państwa. Boją się, że PiS to ukróci i powie społeczeństwu prawdę.

Słusznie się boją, bo tak się zaczęło dziać. Również nasza rozmowa jest elementem odsłaniania finansowych mechanizmów strzyżenia społeczeństwa.

Oczywiście, że trzeba narodowi wyraźnie powiedzieć, kto i na czym w tym kraju zarabia. Niedobrze jest, że nie możemy zmienić Konstytucji, tego artykułu 220, bo na razie nie mamy większości konstytucyjnej. Powtarzam: to jest absurdalny, głupi, szkodliwy zakaz, który wiąże państwu ręce i uniemożliwia szybszy rozwój. Przez to mamy głód monetarny, towaru wszędzie pełno, ale ludzie pieniędzy na te towary nie mają, bo mają bardzo niskie płace, skandalicznie niskie świadczenia emerytalne, rentowe, socjalne. Skoro tak jest, musimy tę przeszkodę, ten artykuł, obejść w jakiś legalny sposób. Dlatego uważam, że zamiast nacjonalizacji jest inna metoda – stopniowego wykupienia tych podmiotów finansowych, głównie banków i firm ubezpieczeniowych, i stworzenia Narodowej Grupy Finansowej, jak ją roboczo nazwałem… Byłaby to grupa składająca się z banków, które dzisiaj są zagraniczne, a kiedyś były polskie, w których mamy dzisiaj tylko 30 czy nawet 20 procent udziałów. Zacząć można przykładowo od PKO BP, który państwowy jest już tylko w 30 procentach.

Ale trzeba by mieć bardzo duże pieniądze, żeby je wykupić.

Nie do końca tak jest. Neoliberałowie tacy jak Petru, Balcerowicz i inni lamentują, że spadają ceny bankowych akcji. A można powiedzieć: niech spadają. Będzie je można wtedy taniej kupić, a niektóre z nich może nawet za przysłowiową złotówkę. Dlaczego? Bo ceny te nie spadają z powodu przejęcia władzy przez PiS, tylko z powodu tego, co te banki same sobie narobiły z powodu oszukańczych zysków, a raczej z powodu wcześniejszych grabieży. Chodzi tu głównie o poliso-lokaty i tzw. kredyty frankowe, ale nie tylko. Chodzi o podwyższone wymogi kapitałowe, które akurat wchodzą w życie, czyli o potrzebę zgromadzenia większego kapitału przez banki dla ich bezpieczeństwa; to tzw. dyrektywa BRRD, wg której za upadające banki zapłacą w pierwszej kolejności ich udziałowcy i posiadacze obligacji. Maleją też zyski banków – a Polska jest w tym względzie wyjątkiem – mamy światowy kryzys sektora finansowego. To wszystko powoduje, że wartość banków znacząco spada. A im one będą tańsze, tym taniej i łatwiej my będziemy mogli je wykupić i przejąć.

Czyli chodzi o ich spolonizowanie poprzez wykupienie przez państwo udziałów? Byłby to zatem jakby odwrotny proces od tego, który występował w przypadku polskiej prywatyzacji; poprzez różne czynniki cena za państwowe firmy była doprowadzana do kwot symbolicznych i dopiero wtedy firmy te sprzedawane były za grosze.

Dokładnie tak. Tym sposobem przywróci się nie tylko banki pierwotnym właścicielom, czyli Polakom. Gdyby taka Narodowa Grupa Finansowa składała się z kilku wymienionych przeze mnie banków i instytucji finansowych, dysponowałaby naprawdę sporymi pieniędzmi. Skoro teraz np. samo PZU chce kupować za kilkanaście miliardów złotych udziały w bankach zagranicznych, jeśli byśmy do tego dodali PKO BP, Bank Ochrony Środowiska, który jest jeszcze państwowy, tak samo jak Bank Gospodarstwa Krajowego, Bank Pocztowy, to mielibyśmy potężną Narodową Grupę Finansową. Potężną, dysponującą szybko nawet 100 miliardami złotych.

_________________________________________________________________________________

cała rozmowa znajduje się w aktualnym wydaniu miesięcznika "Wpis". Kliknij tutaj i dowiedz się więcej! 

_________________________________________________________________________________

Ale co robić, gdy obecni właściciele nie będą chcieli sprzedać udziałów w swych bankach?

Będą chcieli, już chcą. BPH i Alior Bank zostały wystawione na sprzedaż, Millenium Bank część akcji już sprzedał, Raiffeisen Bank, który jest poza giełdą, też chce się sprzedać – zorientowali się, że nie będzie już kokosów. Jeśli spada wycena, jeśli wartość firmy zaczyna lecieć na łeb na szyję, a indeksy bankowe na giełdzie spadają o kilkanaście czy kilkadziesiąt procent, to wszyscy mówią: dobra, możemy sprzedać, i tak już sporo zarobiliśmy.

Czy jednak opłaca się kupować bankruta?

Nam tak. Im ta wycena jest niższa, tym bardziej nam się opłaca. Najlepiej byłoby kupić za przysłowiową złotówkę, są takie przypadki na świecie, np. hiszpańska Bankia została kupiona za jedno euro. Nie każdy oczywiście mógł to kupić, trzeba spełnić wiele warunków, a państwo je spełnia.

Znów jednak zapytam: skoro kupujemy coś, co bankrutuje, jaki państwo ma w tym interes?

Taki, że otrzymujemy tę instytucje z powrotem do własnych rąk. Całą gotową firmę z wszystkimi strukturami, wyposażeniem, fachowcami, klientami itd. Twoje pytanie jest oczywiście uzasadnione, bowiem banki wystawione do kupienia nie są wolne od różnych obciążeń i zobowiązań, z którymi nowy właściciel będzie musiał sobie poradzić. Do nich należą właśnie poliso-lokaty, opcje walutowe dla przedsiębiorstw, tzw. kredyty frankowe itp. Ale tu właśnie pomóc może emisja pieniądza przez bank centralny.

Czyli innymi słowy dodrukowanie pieniądza.

Tak, choćby taki program LTRO Europejskiego Banku Centralnego, tyle że w polskim wydaniu.

Objaśnijmy Czytelnikom, że program LTRO, to nic innego jak superatrakcyjne pożyczki udostępnione bankom komercyjnym strefy euro przez bank centralny (u nas byłby to NBP) na niezwykle korzystnych warunkach: oprocentowanie 1 proc. na 3 lata. Po te pieniążki zgłosiły się aż 523 banki strefy euro, w tym celu dodrukowano już od 2011 r. parę bilionów euro. To bardzo poratowało europejską gospodarkę.

Dlaczego zatem bank centralny w Polsce nie mógłby w ten sam sposób zasilić złotówkami polskich instytucji finansowych i budżetu? NBP powinien wykonać podobną operację, jak LTRO, tylko dla strefy złotówki. To nie są jakieś niezwyczajne działania. Tak dzieje się w USA, Wielkiej Brytanii, Japonii, i we wspomnianym wyżej Europejskim Banku Centralnym.

Załóżmy więc, że parę banków repolonizujemy, staną się one bankami państwowymi. Jaka będzie ich rola na rynku finansowym?

Np. obywatele naszego kraju będą mogli wykupywać akcje takich banków. Przede wszystkim zaś nie będą one nas straszyć, że nie pożyczą nam pieniędzy. Uwolnimy nasz rozwój gospodarczy od zależności od obcego kapitału, który w naszym kraju ma różne interesy, bardzo rzadko zbieżne z naszym interesem narodowym. Nie będziemy się pytać, czy na rozwój polskiego górnictwa albo gazyfikacji węgla na Śląsku np. niemiecki bank zechce dać pożyczkę, bo wiadomo, że nie da. Nie będziemy się też pytać, czy włoski bank Pekao SA, którego właścicielem jest będący w marnej kondycji finansowej UniCredit, będzie chciał łaskawie kredytować rozwój przemysłu makaroniarskiego w Polsce.

A wiemy, że nie chce.

Mamy nawet przykłady działań banku, które doprowadziły do zniszczenia polskich producentów makaronu. (…) Udział kapitału zagranicznego w sektorze bankowym w Polsce ma ok. 70 proc., a w krajach OECD, organizacji zrzeszającej 34 rozwinięte i demokratyczne kraje, udział zagranicznych podmiotów w sektorze bankowym waha się średnio w granicach 12 proc. W wielu krajach Unii Europejskiej jest to 5-10 proc., w związku z czym banki te nie mogą dyktować warunków rozwojowych państwu, w którym goszczą. (…)

Takimi groźbami wpływają też na opinie agencji ratingowych. Ze strukturą bankową, jaką obecnie mamy w Polsce, nie mamy szans wybicia się na suwerenność gospodarczą. A bez suwerenności gospodarczej trudno mówić o suwerenności w ogóle…

Są kraje o dużo większym deficycie niż my, ale mające swoje banki. Państwa te są zadłużone w swoich bankach, swoim bankom płacą odsetki, a nie futrują zagranicznych posiadaczy. Mają też swój bank centralny, do którego udają się w potrzebie. Z takiej pomocy Europejskiego Banku Centralnego skorzystał np. hiszpański Santander, który przyjechał do polski i kupił BZ WBK za pieniądze po części z omawianego wcześniej programu LTRO.

(…) Repolonizacja sektora finansowego prowadzić będzie do odbudowy polskiego przemysłu i handlu; ktoś musi dać pieniądze na budowę fabryk, albo na odkupienie centrów handlowych czy mediów… Skoro np. ponad 90 proc. prasy regionalnej jest w rękach niemieckich, to trzeba by ją było albo znacjonalizować, albo odkupić…

Gazet tych nie odkupisz, ponieważ nie zostały nabyte w celach biznesowych, tylko germanizacyjnych. Niemcy kupili gazety regionalne i doprowadzili je do ruiny finansowej, do olbrzymich spadków nakładów. Dopłacają do nich, ale nie chcą sprzedawać.

Taka teoria również jest uprawniona. Ale można też powiedzieć tak: w im większych tarapatach finansowych się one znajdą, bo nie będą już tuczone reklamami spółek Skarbu Państwa, rządowymi ogłoszeniami itd., tym prędzej obecni właściciele będą skłonni się ich pozbyć. Nawet taki koncern Agora można odkupić i przekształcić; świat na pewno byłby lepszy bez Agory. Na to wszystko trzeba znaleźć środki. Albo zbudujemy Narodową Grupę Finansową składającą się z podmiotów głównie bankowych czy ubezpieczeniowych i ona wykreuje polski pieniądz, albo będziemy zawsze półkolonią gospodarczą. Ta Narodowa Grupa Finansowa stymulowałaby rozwój polskiej gospodarki poprzez wzrost polskiego Produktu Narodowego Brutto, a nie PKB, lecz produktu narodowego, czyli tego wytwarzanego przez polskie podmioty.

Produkt Narodowy Brutto od wielu już lat nie jest w ogóle obliczany, bo wychodził bardzo marnie, wykazywał, że ginie nasz skarb narodowy.

Tak jest, objaśnialiśmy to we „Wpisie” poprzednio. Oczywiście Narodowa Grupa Finansowa musiałby współgrać z nieistniejącą jeszcze Agencją Skarbu Narodowego. Obie te instytucje mogłyby być ściśle powiązane z ideą, którą od dawna głoszę, a mianowicie przekształcenia ZUS-u w Państwowy Bank Emerytalny. Bank komercyjny, profesjonalnie inwestujący nasze składki, które w ten sposób służyłyby również odzyskiwaniu udziałów we własności, głównie w spółkach giełdowych. Państwowy Bank Emerytalny dysponowałby kwotą około 200 miliardów złotych rocznie. Prawda, że obecnie do ZUS trzeba dokładać 50 miliardów rocznie, ale gdyby taki bank wszedł np. na rynek nieruchomości, czy na rynek akcji itp., byłby potężnym graczem, a kwota dopłaty z 50 mld szybko zmalałaby do zera. Taki bank mógłby podyktować warunki, mógłby spowodować obniżkę marż, opłat, które dzisiaj musimy w zębach zanosić do zagranicznych banków.

To są olbrzymie zadania przede wszystkim dla obecnego Ministerstwa Skarbu Państwa. To jest potężna praca, tymczasem podobno planuje się to ministerstwo zlikwidować…

Były faktycznie takie pomysły, ale nie sądzę, żeby ktoś chciał je naprawdę wcielać w życie. Chodzi natomiast o zasadniczą zmianę zadań tego resortu: z wyprzedaży narodowego majątku na jego gromadzenie. Inaczej nie zdobędziemy źródeł własnego finansowania, nie stworzymy własnego, polskiego kapitału i tym samym nie osiągniemy gospodarczej suwerenności – na osiągnięcie tego celu trzeba przeznaczyć wszystkie siły. (…) Źródłem dochodów polskiego państwa nie może być jedynie najemna, tania, niskopłatna siła robocza, albo zadłużanie się u obcych. Dzisiaj 50 proc. całego naszego długu, z tych prawie 900 mld zł, jest w rękach zagranicy. A powinno być w rękach NBP, tak jak jest np. w amerykańskim FED. Skok euro, franka czy dolara już o jednego centa powoduje, że natychmiast mamy do płacenia kilka miliardów więcej w ramach kosztów obsługi zadłużenia – właśnie dlatego, że ten dług jest w obcych rękach.

Gdyby tak nie było, poruszalibyśmy się w obrębie własnej waluty. Tutaj też jawi się bezsens wprowadzania euro, bo wówczas także nie będziemy poruszać się w obrębie własnej waluty, tylko waluty, którą rządzą głównie Niemcy.

Tak, wtedy omawiane tu rozwiązania nie mają sensu, pomijając już problem, czy euro w ogóle przetrwa, albo czy euro nie zostanie ograniczone do 4 lub 5 krajów. Dzisiaj nie mają z niego wiele ani Grecja, ani Hiszpania, ani Portugalia, ani Włochy… Brytyjczycy są poza strefą euro i w ogóle nie rozważają zmiany waluty. Euro jest korzystne tylko dla Niemców, jeszcze nieco dla Holendrów, może troszkę dla Francuzów. Niemcy fantastycznie zarobili na euro. Szacuje się, że właśnie dzięki funkcjonowaniu tej waluty są do przodu przynajmniej 100 miliardów euro. (…)

Dlatego trzeba zdać sobie sprawę, że wybić się na suwerenność gospodarczą u boku Niemiec jest niemożliwe, bo dla nich nie jesteśmy partnerem, tylko krajem penetracji i dominacji gospodarczej.

Moim zdaniem otwarte głowy w PiS-ie, w nowym rządzie, w parlamencie powinny myśleć o tym, jak Polskę wydobyć z tego dołka, bo gospodarka narodowa jest w dołku, a dalsze w nim kopanie powoduje, że zapadamy się coraz głębiej. Trzeba z tego dołka wyjść na zewnątrz, nie kopać coraz głębiej.

Trzeba tu wyraźnie powiedzieć, że siły polityczne, które wyprowadzają teraz ludzi na ulicę, dążą do tego, żeby kopać w tym grajdole bez końca, zakopać się w nim na amen.

Mało tego, dolewają szamba do tego dołka, żeby wszystko bardziej cuchnęło. Trzeba więc szukać dróg wyjścia. Jak w 2008 r. przyszedł kryzys, banki zagraniczne działające w Polsce natychmiast przykręciły śrubę z kredytami i przestały ich udzielać. Co działo się wtedy na rynku finansowym w Polsce? Kredytowanie zwiększyły banki spółdzielcze; SKOK-i wtedy nie odmawiały. Tak samo PKO BP, bank z udziałem Skarbu Państwa. To jest kolejny dowód na konieczność posiadania własnego sektora bankowego i w ogóle finansowego.

Koniecznie trzeba szukać partnerów poza Unią Europejską, która staje się dla naszej gospodarki poważnym utrudnieniem w rozwoju. Na horyzoncie rysuje się obiecująca współpraca z Chińczykami, z największym bankiem na świecie ICBC, który chce w naszej części Europy uruchomić duży międzynarodowy fundusz inwestycyjny. Szlak przetarł w Chinach prezydent Andrzej Duda, zobaczymy czy strona rządowa pójdzie za ciosem.

Unia kończy z dawaniem środków. Mówi wprost: teraz wy, Polacy, dajcie nam na uchodźców, na finansowanie projektów infrastrukturalnych. (…) Chińczycy są dla nas absolutnie kartą przetargową. Ten fundusz, o którym mówisz, na razie zadeklarował 10 miliardów dolarów na inwestycje, ale równie dobrze mógłby bez problemu wygenerować 50 miliardów dolarów albo i więcej. Chodzi o to, byśmy umieli z Chińczykami dogadać się w tej kwestii, by rząd był otwarty, by prezydent Andrzej Duda podjął inicjatywę, żeby siedziba tego funduszu mieściła się w Polsce, w Warszawie a nie w Pradze.

Ale jakąś koncesję Chińczykom trzeba by na pewno zapłacić poza zwykłymi procentami. Cały biznes chiński jest totalnie powiązany z polityką i możemy dostać warunki również polityczne.

Moim zdaniem nie. A jeśli nawet tak, to będą to warunki nieszkodliwe polityczne, na pewno lepsze niż te, które stawia nam dzisiaj kapitał zwłaszcza niemiecki, czy w ogóle Unia Europejska, która chce regulować nam życie na każdym poziomie, włącznie ze światopoglądem, obyczajami, tradycją, mediami, a nawet sumieniem. Oczywiście Chińczycy chcieliby zapewne, by wykorzystywać ich urządzenia czy technologie. Ale to wszystko jest do dogadania. Chińczycy bacznie obserwują polską gospodarkę. (…)

Na razie funkcjonują jako obserwator, nie są jeszcze graczem na naszym rynku.

Bo potrzeba partnera. Do tej pory koalicja PO–PSL była chłopcem na posyłki niemieckiego kapitału i biznesu oraz lobby lichwiarsko-bankowego.(…)

Partnerem nie muszą to być tylko Chiny, partnerów trzeba szukać wszędzie w świecie.

Oczywiście, przecież spośród potęg gospodarczych nieobecne są praktycznie w Polsce Brazylia, Indie, nawet Afryka Południowa – a to są olbrzymie kapitały. My ograniczyliśmy się do grajdołka europejskiego, a Niemcy wzięły sobie nasze media, tak samo fabryki, wspólnie z Francuzami, Holendrami i Włochami. Rachunki za gaz i ropę płacimy zaś Rosjanom. Jesteśmy dojną krową, mamy tylko dostarczać świeżego kapitału i taniej siły roboczej. Nie powinniśmy być zbyt głodni, powinniśmy mieć ciepłą wodę w kranie, a latem możemy zrobić sobie grilla i wypić piwko. Jednak o suwerenności i własnym kapitale powinniśmy zapomnieć – oto rola wyznaczona nam przez Unię i jej największego beneficjenta zza Odry. Polacy jednak wybierając PiS zagłosowali dokładnie przeciwko utrwalaniu takiego modelu naszej Ojczyzny.  

 

Rozmowa w całości ukazała się w styczniowym numerze miesię


oceń
0
0

komentarze (1) | dodaj komentarz

"Rubikoń głuchy" dalej cwałuje ...

piątek, 22 stycznia 2016 18:55

 

Zgrywa ekonomicznego eksperta, ma braki w podstawowych dziedzinach. Wszystkie wpadki Petru
 

 

 
 
 
 
 
 
 
Zamach majowy w 1935 roku? Imperium Rzymskie upadło u szczytu potęgi? Epifania jako Święto Sześciu Króli?
 
To tylko niektóre wpadki Ryszarda Petru.
 
Samozwańczy lider opozycji stał się obiektem powszechnych żartów nie tylko za sprawą swoich wpadek, ale również bijącego od niego przekonania, że jest nieomylny.
 
Dzięki serii błędnych wypowiedzi wygłaszanych przez lidera Nowoczesnej, staje się on prawdziwym następcą Bronisława Komorowskiego.
 
 
O narcyzmie i śmieszności Petru pisze Konrad Kołodziejski w czwartkowym wydaniu dziennika „Rzeczpospolita”.

 

Publicysta „Rz” wymienił kilka popularnych w sieci żartów z wizji historii świata Ryszarda Petru. „O czym to świadczy? Po pierwsze, o popularności lidera Nowoczesnej, choć pewnie nie takiej, na jaką on sam najbardziej liczył - jako profesjonalisty i erudyty.

Wypada jednak docenić fakt, że Petru, który choć na scenę polityczną wkroczył na dobre dopiero pół roku temu, jest już na tyle rozpoznawalną postacią, że z jego publicznych wypowiedzi kpi połowa internetu.

A jak wiadomo, nieważne, co mówią, ważne, że w ogóle mówią” – zauważył Konrad Kołodziejski.

 

„Biorąc pod uwagę jego [Petru-red.] zdolności piarowskie, z pewnością jest nie gorszy od Donalda Tuska, z kolei jeżeli chodzi o łatwość poruszania się w obrębie nieco bardziej intelektualnych wyzwań, przypomina Bronisława Komorowskiego (…).

 

W tym sensie liderowi Nowoczesnej nie można odmówić racji - w istocie jest spadkobiercą i następcą Platformy” – ocenił postawę samozwańczego lidera opozycji publicysta „Rzeczpospolitej”.

Zaś kompetencje szefa Nowoczesnej zostały uznane za „wystarczające do prowadzenia kantoru” i prawdopodobnie zbyt małe, by z powodzeniem zarządzać państwem.

 

Ryszard Petru w opinii Konrada Kołodziejskiego uwierzył we własną propagandę, jakoby stanowił jedyną zaporę dla Prawa i Sprawiedliwości.

„Niesiony tym narcystycznym przekonaniem przestał dostrzegać swoje intelektualne niedomagania” – zauważa publicysta.

 

Zdaniem dziennikarza „Rzeczpospolitej” lider Nowoczesnej próbami kreowania siebie na poważnego gracza politycznego naraża się na śmieszność.

Petru domagał się od prezydenta Dudy omówienia planowanych posunięć głowy państwa, a w liście do premier Szydło informował o planowanym spotkaniu z holenderskimi politykami i chciał przy okazji przekazać im stanowisko rządu RP w sprawach unijnych i omówić je z nimi.

 

„Legendarne stało się wyemitowane na YouTube „orędzie noworoczne” Ryszarda Petru, w którym stojąc na tle choinki oraz flagi polskiej i europejskiej, złożył rodakom serdeczne życzenia na przyszły rok. Jak dotąd żaden opozycyjny polityk w Polsce nie zdecydował się na to, aby imitować aktualnie urzędującego prezydenta.

 

Kolejnym krokiem na tej drodze może być już tylko alternatywne przyjmowanie przez Petru defilady wojskowej z okazji 3 Maja. Sfilmowane i wrzucone na YouTube” – żartuje z lidera Nowoczesnej Konrad Kołodziejski.

 

Autor tekstu wyliczył najświeższe wpadki Petru: usytuowanie przewrotu majowego w 1935 roku – już po śmierci Józefa Piłsudskiego, obwieszczenie z autorytatywną pewnością, że Imperium Rzymskie upadło w momencie największej chwały, nazwanie obrad niższej izby polskiego parlamentu z 1717 mianem „sejmu głuchego” zamiast „niemego”, określenie dnia 6 stycznia mianem „sześciu króli”.

 

 

Publicysta „Rzepy” przypomniał również, niezwykle typowe dla epoki Komorowskiego, błędy ortograficzne na wydarzeniu z udziałem lidera Nowoczesnej.

 

„Albo w otoczeniu Petru brakuje ludzi inteligentnych, którzy korzystając z własnej wiedzy, mogliby korygować jego liczne braki w wykształceniu i polecić mu jakieś lektury. Albo są, lecz brakuje im zwykłej odwagi, która pozwalałaby sprostować wypowiedzi lidera, gdy mylą mu się osoby, fakty i wydarzenia.

Oba warianty są niezbyt pomyślne, gdyby Petru rzeczywiście objął kiedyś wysokie stanowisko w państwie” – prognozuje Kołodziejski.

 

„Jest jednak jedna rzecz, w której liderowi Nowoczesnej kompetencji nie sposób odmówić - doskonałe wyczucie momentu, w którym należało przewalutować własny kredyt zaciągnięty we frankach szwajcarskich.

Jednak tą kompetencją nie chciał się już podzielić z innymi” – zauważył autor tekstu z „Rzeczpospolitej”.

 

Konrad Kołodziejski wyliczył również niekonsekwencję Ryszarda Petru. Polityk w 2011 roku bagatelizował opinie agencji ratingowych, a obecnie, by mieć oręż do ataków na rząd, mocno się do nich przywiązuje.

 

„Ryszard Petru powoli staje się postacią z krążących o nim dowcipów. Przekroczył Rubikon polityki, ale ten okazał się dla niego za głęboki. A może za wysoki? Petru na pewno wie lepiej” – skwitował karierę samozwańczego lidera opozycji publicysta „Rzeczpospolitej”.

 

 

Źródło: „Rzeczpospolita”

MWł


oceń
0
0

komentarze (3) | dodaj komentarz

środa, 10 lutego 2016

Licznik odwiedzin:  179 030  

Kalendarz

« luty »
pn wt śr cz pt sb nd
01020304050607
08091011121314
15161718192021
22232425262728
29      

Wyszukaj

Wpisz szukaną frazę i kliknij Szukaj:

Subskrypcja

Wpisz swój adres e-mail aby otrzymywać info o nowym wpisie:

O moim bloogu

Niecodzienna codzienność - a w niej kobieta matka, córka, żona, kochanka ... i co kto jeszcze chce. Młoda - ciągle młoda - zawsze młoda do końca jego i do końca świata .... Ewa

 ...

więcej...

Niecodzienna codzienność - a w niej kobieta matka, córka, żona, kochanka ... i co kto jeszcze chce. Młoda - ciągle młoda - zawsze młoda do końca jego i do końca świata .... Ewa

 

do ZLP.jpg

schowaj...

Statystyki

Odwiedziny: 179030
Wpisy
  • liczba: 1621
  • komentarze: 1531
Galerie
  • liczba zdjęć: 0
  • komentarze: 0
Bloog istnieje od: 2158 dni

Lubię to

Więcej w serwisach WP

Wiadomości

Bloog.pl